Przeklęty wiadukt | Eldezet.pl

Kategoria | Kryminalna Łódź

Przeklęty wiadukt

Udostępnij artykuł na Facebooku

Zastanawialiście się  kiedyś, w jaki sposób rodzą  się miejskie legendy? Odpowiedź  jest bardzo prosta. Wystarczy, że znajdzie się  ktoś, kto wymyśli ciekawą historyjkę, i kilka osób, które będą gotowe w nią uwierzyć.


 

Schemat ten powtarza się od wieków na całym świecie. Panikarze, zwolennicy teorii spiskowych lub po prostu ludzie o bogatej wyobraźni puszczają w obieg jedną, niewinną plotkę. Taka pozornie prawdopodobna wiadomość przekazywana jest z ust do ust. Przechodząc przez kolejne ogniwa swojego łańcucha pokarmowego, odżywia się wyobraźnią i dziurami w pamięci kolejnych osób, by w końcu rozwinąć się do rozmiarów całkiem zgrabnej opowieści i zyskać miano legendy miejskiej. Wówczas zazwyczaj trafia do mediów, które pozwalają jej jeszcze bardziej obrosnąć w mistyczny tłuszczyk i wzbudzać coraz to większe emocje. Po pewnym czasie nasza legenda wydaje potomstwo — dlatego po danym osiedlu/mieście/kraju mogą krążyć różne wersje jednej opowieści.

Co jest w tym wszystkim najgorsze? Każda historia zawiera w sobie ziarnko prawdy. A my nigdy nie możemy być pewni, czy dana opowieść wydarzyła się tuż za rogiem, czy na drugim krańcu świata; czy do zdarzenia doszło wczoraj, czy pięć lat temu. To właśnie ta niepewność pozwala miejskim legendom pokonywać granice czasu i przestrzeni. A także na stałe zagnieżdżać się w naszej świadomości.

Zapewne większość z nas zna historie o różnych niespodziankach (zaczynając od robaków, poprzez nasienie, a na fekaliach kończąc) serwowanych w okolicznych knajpach, o staruszkach rozdających dzieciom naszpikowane igłami słodycze, czy o żądnym krwi psychopacie, który niedawno uciekł z najbliższego szpitala psychiatrycznego. Być może części osób obiły się o uszy również opowieści o wysysającej krew ze zwierząt hodowlanych Chupacabrze, czy o Czarnej Wołdze krążącej po ulicach naszego (i każdego innego) miasta.

 

Ostatnimi czasy głośno było również o porywaczach dzieci, którzy podobno czają się  na samotne matki w hipermarketach. Wieść gminna głosiła, że w różnych częściach kraju działały zorganizowane grupy trudniące się podobnymi przestępstwami. Rzeczywiście doszło do kilku takich porwań (przynajmniej dwóch). Jednak jedyne, co je łączy, to fakt, że stały się pierwszym ogniwem w łańcuchu tworzącym nową urban legend.

Wiele opowieści staje się zabawką w oślizgłych łapach komercji i mediów masowych. Zostają rozdmuchane, by przez możliwie długi czas istnieć jako gorący temat w różnego typu programach interwencyjnych i tym podobnych. Niektóre legendy nie dają się jednak tak łatwo skomercjalizować i prześwietlić. Rodzą się na stosunkowo małym terytorium i żyją w wyobraźni niewielkiej grupy ludzi. Są skarbem dostępnym tylko dla wybranych. Do takich historii należą losy wiaduktu kolejowego Łódź Chojny.

Garść wspomnień

Dzisiaj pobicia i napaści stają się wydarzeniami na porządku dziennym. Chociaż kilkadziesiąt lat temu podobne zdarzenia nie były wcale rzadkością, to jednak wzbudzały o wiele większe kontrowersje i rządziły się zgoła odmiennymi zasadami.

W latach 70. wszystko wyglądało zupełnie inaczej. O ile dziś kilkudziesięcioosobowe ustawki barczystych łysoli nikogo nie dziwią, o tyle wówczas w modzie były honorowe pojedynki jeden na jednego. Ówcześni nastolatkowie wspominają chociażby pewną walkę w restauracji „Casanowa” (zwanej wówczas potocznie Kaszanką). W szranki stanęli milicjant i przedstawiciel tzw. Miasta, czyli członek gangu. W uczciwym pojedynku zwyciężył funkcjonariusz. Gdy miastowy zagroził, że pozwie go do sądu, jego koledzy spuścili mu drugi łomot. W końcu najpierw przyniósł im wstyd przegraną, a potem niehonorowym zachowaniem.

Również na Rzgowskiej, niedaleko wiaduktu, znajdowała się knajpka, do której często witali okoliczni mieszkańcy. Nazywano ją potocznie restauracją  „U Fońka”. Serwowano w niej głównie specjały rodzimej kuchni.

— Prawdziwe domowe potrawy. Bigosik tak dobry, że palce lizać! — Wspomina starszy mężczyzna jadący ulicą Pryncypalną na rozklekotanym rowerze. Nazywa siebie panem Staszkiem. Nie chce rozmawiać o wiadukcie. — Opowiadało się o nim różne historie. Nie wiadomo, czy to prawda, czy tylko jakieś brednie. — Wzrusza ramionami i odjeżdża.

Jak się okazuje, nie było to najprzyjemniejsze miejsce w mieście.

— Doskonale pamiętam czasy, kiedy okoliczni menele się tam zbierali. Na tej górce nad wiaduktem. Obserwowali przechodniów, potem część schodziła na dół i… no zbierali na flaszkę. — Wspomina inny mieszkaniec Chojen. — Wszyscy o tym wiedzieli. Tylko okoliczni mieszkańcy się nie bali, bo wtedy swój swojego nie ruszył. Chociaż o tyle było dobrze…

Z czasem sytuacja zaczęła się jednak pogarszać, a miejsce pijaczków zajęli bardziej wykwalifikowani przedstawiciele świata przestępczego. Tym razem agresorzy nie żądali już jednak tylko drobnego wsparcia w postaci przysłowiowej złotóweczki. Na szczęście tego typu sytuacja nie trwała długo. Z czasem grupa przyjemniaczków przeniosła się w nowe miejsce, a wiadukt w pewnym sensie opustoszał. Przynajmniej tak uważano…

Śmierć kryje się we wnęce

O ile od strony zachodniej pod wiaduktem przebiega jedynie prosta dróżka, o tylko po stronie zajezdni autobusowej posiada on dodatkowe przejście. Drogę w bok i schodki prowadzące na górę. Idąc od ulicy Dachowej nie widać wnęki w ścianie. Zwłaszcza w nocy.

Fakt ten miał wykorzystać  pewien seryjny morderca. Z położonej powyżej górki miał doskonały widok na całą okolicę. Każdy, kto przemieszczał się pieszo w kierunku od Kurczaków do Kościoła Przemienienia Pańskiego, mógł być jego potencjalnym celem.

 

W pierwszej chwili może się  wydawać, że to kolejna legenda o „tajemniczym psychopacie, który w nocy uciekł z okolicznego szpitala psychiatrycznego”, o której wspominałem we wstępie do niniejszego artykułu. Te dwie historie nie mają jednak ze sobą wiele wspólnego. Zwykło się mówić, że zabójca z Chojen to nożownik, który w latach 90-tych działał na terenie naszego miasta. Tak naprawdę jednak ciężko powiedzieć o nim coś więcej. Z racji, iż w tym okresie swoją zbrodniczą działalność prowadziło co najmniej kilka osób, a co więcej zapewne nie wszystkie zostały ujęte, określenie jego tożsamości jest prawie niemożliwe.

Jedna z jego niedoszłych ofiar została rzekomo napadnięta właśnie podczas przechodzenia pod wiaduktem. Zamaskowany agresor zaczaił się na nią we wnęce, po czym próbował ją ogłuszyć. Pozornie wszystko szło po jego myśli, jednak nagle spłoszyła go syrena jadącego na sygnale radiowozu. Zapewne bał się, że padł ofiarą policyjnej prowokacji i zwyczajnie zbiegł z miejsca zdarzenia. Wówczas to ślad po nożowniku zaginął, a okolica na nowo stała się bezpieczna.

Z deszczu pod rynnę

— Mi hi en tow! Es qua tensis! — Zakapturzona postać narysowała białą kredą na ziemi odwrócony pentagram, po czym ruszyła schodami w górę. Gdy zatrzymała się na ostatnim stopniu, zbliżyło się do niej dwóch młodzieńców. Chociaż kroczyli pewnie, ich opasane czarnym suknem ciała drżały, bynajmniej nie z zimna, świadcząc o niepokoju wypełniającym ich serca. Również w ich oczach malował się lęk. W końcu doskonale wiedzieli, co za chwilę nastąpi.

Pierwszy z nich wręczył  mistrzowi ceremonii nóż, którego nie powstydziłby się  niejeden myśliwy wprawiony w oprawianiu zwierzyny. Drugi, zapewne wyższy rangą, wyjął z worka związane zwierzę, typowego miejskiego kundla, który niestety nie miał tego dnia zbyt wiele szczęścia, i uklęknął przed swoim nauczycielem.

Mężczyzna, wyszeptując  rytualną formułę, zbliżył się do zwierzęcia i nagle, wznosząc oczy ku niebu, zatopił ostrze w jego trzewiach. Szkarłatny płyn wytrysnął z umierającego ciała i zalał schody, powoli spływając w dół. Gdy wreszcie dotarł do wyrysowanych na ziemi białych linii, wszyscy wtajemniczeni upadli na kolana, a rytuał dobiegł końca…

Gdy morderca zmienił  rewir, zła sława wiaduktu odeszła na pewien czas w niepamięć. Czasy spokoju nie trwały jednak długo. Teren wiaduktu kolejowego Łódź  Chojny miał zostać przejęty przez miejscową sektę. Chociaż powyżej cytowana opowieść to jedynie fragment opowiadania, fikcja literacka, to wiele osób byłoby w stanie uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę.

W ciemnym przejściu podobno odprawiano najróżniejsze rytuały. Kiedyś ktoś wylał tam co najmniej pół litra krwi, najprawdopodobniej zwierzęcego pochodzenia. W nocy dochodziły stamtąd dziwaczne odgłosy. Nie trzeba było długo czekać na to, by ludzka wyobraźnia dopowiedziała sobie resztę historii. Pod starym wiaduktem co jakiś czas zbierały się grupki różnych osób i bynajmniej nikt nie raczył ich zapytać, w jakim celu tam się spotykają. Czy ktoś chciał po prostu wypić kilka piw w klimatycznym miejscu, czy też naprawdę wiadukt został tymczasowo przejęty przez sektę — tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.

Czasy najnowsze

Lepiej zapobiegać niż  leczyć — zgodnie z tym przysłowiem, w przeklętej wnęce postanowiono zainstalować kratę i tym samym stworzyć  pewną iluzję bezpieczeństwa. Stalowe pręty uniemożliwiły korzystanie z bocznego przejścia, jednak czy aby na pewno zlikwidowały ewentualne niebezpieczeństwo? Wiele osób nadal woli unikać korzystania ze wschodniej części przejścia. Wiadukt, zwłaszcza w nocy, wciąż jest opuszczonym, mrocznym miejscem idealnie nadającym się do kręcenia amatorskiego horroru lub thrillera… albo do dokonania zbrodni. Co więcej nadal przyciąga on raczej mało sympatycznych gości.

— Cholerni narkomani! Zbierają się tam czasem i kilka razy w tygodniu. Ilekroć idę do pracy, to widzę tam jakieś strzykawki! — skarży się mężczyzna, którego spotkałem przy ulicy Dachowej. — Czasem widzę, jak ktoś leży tam na schodach. Kiedyś wzywałem do takich ludzi straż miejską czy policję. Teraz po prostu idę przed siebie. Do czego to doszło…

Rzeczywiście we wnęce coraz częściej można spotkać bezdomnych lub ludzi pod wpływem środków odurzających. Zbierają się tam również coraz pokaźniejsze pokłady śmieci. Spacerując tam nocą, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w każdej chwili może wydarzyć się coś złego. Demony przeszłości podobno wciąż krążą zaklęte w tym miejscu.

Mieszkańcy Chojen przez lata cieszyli się własną, wyjątkową miejską legendą. Tego typu niszowe opowieści zazwyczaj nie zostają nigdzie spisane i w końcu giną śmiercią naturalną. Niech tym razem będzie inaczej. Niech historia wiaduktu kolejowego Łódź Chojny przetrwa w natłoku innych komercyjnych historyjek. Łodzianie, nie pozwólmy jej umrzeć!

Szymon Cieśliński

Dodaj komentarz!

Miej OKO na imprezy!

Kanały informacji

Archiwum Eldezetu