Archive | Motyw – Łódź

Pomścić barona!

Pewna polska piosenkarka śpiewa „cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest”. Antoni Czechow twierdził inaczej i mimo upływu ponad 100 lat od napisania przez niego sztuki „Trzy siostry”, w której bohaterowie przypuszczają, iż w przyszłości będzie lepiej, nic tak naprawdę się nie zmieniło.

 

Rys. AK

Teatr Nowy zawsze kojarzył mi się ze sztuką nieco inną niż ta, którą możemy zobaczyć na deskach chociażby Teatru Wielkiego. Mała sala, kameralna, brak kurtyny, wyraźny brak kurtyny, surowe, czarne deski, ciepłe snopy światła, idealna akustyka stwarzają wrażenie bliskości tej sztuki i jej namacalności. Wczoraj dotknęłam „Trzech sióstr” Antoniego Czechowa.

Znana historia zagrana przez młodych aktorów. Bohaterowie są rozczarowani życiem, które okazało się nie być takie różowe jak myśleli. Upragniony wyjazd do Moskwy pozostał tylko marzeniem. Miłość, niespełniona miłość, małżeństwa z rozsądku i próby stawienia temu czoła spełzły na niczym. Mało tego – te niezdarne działania tylko obnażyły ludzką niemoc, wobec może nie tyle przeznaczenia czy losu, ale po prostu wobec życia, które – jak wiemy – pisze najlepsze scenariusze. Problem polega tylko na tym, że nie zawsze te scenariusze są takie, jakie byśmy sobie wymarzyli, a role, które przyjdzie nam odgrywać, często do nas nie pasują. Dusząc się w nich, zapętlamy się w działaniach, które prowadzą w najlepszym przypadku do punktu wyjścia.

Rozczarowanie to dobre słowo, pasujące do „Sióstr”. Na koniec główne bohaterki lamentowały, by za chwilę wstać i wraz z całą ekipą się ukłonić i podziękować publiczności. Owacje na stojąco, nowoczesne katharsis mieszające się z radością z pójścia do teatru i poczucia się lepszym, bo przecież teatr to nie telewizor czy YouTube.

Sztuka Czechowa zakończyła się jeszcze jednym ważnym wydarzeniem – śmiercią barona Mikołaja Tuzenbacha, postaci, która jako jedyna otwarcie mówiła, że jest szczęśliwa i że szczęście może spotkać każdego. Ba! Szczęście spotyka każdego, tylko nie umiemy o nim mówić. Baron jednak  u m i e r a  w pojedynku.

Po wyjściu z budynku teatru zobaczyłam lekkie płatki śniegu opadające na każdy centymetr ziemi. Gęsty śnieg stał się dla mnie kontynuacją sztuki, której akcja zakończyła się jesienią. „Teraz czas na zimę” pomyślałam. Siedząc bezczynnie w samochodzie i patrząc tępo w szybę, zastanawiałam się, czy może naprawdę  t o  życie,  t e g o  wieczoru,  t e j  nocy nie jest faktyczną kontynuacją „Sióstr”? Swoiste uświadomienie, że świat tak naprawdę nie niesie żadnej nadziei na szczęście, że sama już się wiele razy rozczarowałam i że jeszcze nie raz i nie dwa to nastąpi, a moje marzenia, tak jak marzenia sióstr o powrocie do Moskwy, nigdy się nie spełnią, a to, co nazywam „szczęściem” tak naprawdę tym szczęściem nie jest. A może trzeba „pomścić” barona i pokazać przede wszystkim sobie samej, że  m o ż n a  być szczęśliwym?

Można?

 

Autor: AK

 

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Być łodzianką!, Wtyczka KulturalnaKomentarze są wyłączone

W poczekalni

Wiosna, lato, jesień czy zima, łodziankami wciąż targają przeróżne emocje. Raz jest lepiej, raz gorzej, czasem dotyka je stan stagnacji, w którym czekają na coś. Może same do końca nie widzą na co, ale czekanie jest faktem. Co jeśli się nie doczekają?

Rys. AK

Bywają takie dni, na które bardzo czekamy. Gwiazdka, zakończenie roku szkolnego, przyjazd kogoś bliskiego. Nie mogąc się doczekać spełnienia nadziei związanych z nadejściem danego dnia, wymyślamy sobie różne zajęcia, by czas szybciej płynął. Niestety na niczym się nie można skupić, bo myśli wciąż krążą wokół tego jednego wydarzenia. Czekamy, czekamy, aż wreszcie ten dzień nadchodzi. Uśmiechamy się od ucha do ucha, rozpakowując prezenty, odbierając świadectwo szkolne bądź też tuląc do siebie tego kogoś, kto właśnie wrócił z dalekiej podróży. Uczucie szczęścia temu towarzyszące jest trudne do opisania, ale na pewno jest porównywalne ze stanem spełnienia i satysfakcji. Czekałam, byłam wytrwała i oto mam nagrodę.

A teraz odwróćmy tę historyjkę – czekam, jestem wytrwała i nie dostaję nagrody. Pod choinką nie ma prezentów, do końca roku szkolnego jeszcze miesiąc, albo i dłużej, a ten ktoś nie przyjeżdża. Jak się wtedy czuję? Jestem rozczarowana, smutna, zła, zawiedziona? Mam czekać dalej? A może dać sobie już z tym spokój? Jeśli zdarzy się to raz, to każdy pomyśli w mig: „OK, to tylko ten jeden jedyny raz. Później będzie lepiej i się nie zawiodę”.

Niestety, moje doświadczenie mówi, że jeśli ktoś zawiedzie raz, to zwykle zrobi to i drugi raz, i trzeci, i czwarty. Moja rada? Lepiej zostawić to tak, jak jest, nie drążyć tematu, nie pokazywać, że mi zależy. Bo i po co, skoro moje zaangażowanie wyrażone czekaniem i wybaczaniem wszystkiego nic nie zmienią? Lepiej przejdźmy się do Galerii albo Manufaktury. Wszak czas kupić prezenty dla najbliższych, by ich nie zawieść!

 

Autor: AK

 

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Być łodzianką!, Motyw – ŁódźKomentarze są wyłączone

Jesień, jak to tak?

Nadszedł taki czas, kiedy bez żadnego widocznego powodu, jesteśmy na przemian zadowoleni z życia i załamani nad jego kondycją. Ogarnia nas melancholia, smutek życia czy nawet beznadzieja. Tym wrogiem, który atakuje nas od wewnątrz, jest nasza nieprzyjaciółka Depresja Jesienna zwana także Przesileniem Jesienno-Zimowym.

 

Fot. AK

Co prawda zdarzają się chwile, kiedy energia nas rozpiera, a wena nie opuszcza na krok. Jednak smutnym faktem jest to, że jednak każdy z nas pada w końcu ofiarą jesiennej depresji, choćby nawet na krótki czas. Jak pokonać wroga? Przywdziać barwy wojenne i broń w dłoń!

 

Działaj!

Zawsze jest łatwiej mówić niż działać. Jednak, jeśli naprawdę nie mamy ochoty oddać się tej beznamiętności, wystarczy silna wola i wykonanie jednej z naszych propozycji (według mnie sztandarowych, bo zawsze któraś działa):

  • rzadko kiedy pojawia się już słoneczko, a w parkach kolorowe liście będące wizytówką złotej polskiej jesieni tracą kolory tak, że nie ma najmniejszej ochoty na spacer. Ale czasem naprawdę warto wyjść z domu (komputer nie popłacze się z samotności przez tę godzinkę) i iść na spacer czy spotkać się z kimś. Najciekawszym pomysłem wydaje się spacer po zmroku, kiedy miasto (czyli centrum) jest bajecznie oświetlone,
  • mówią, że sport to zdrowie. Łódź jest dużym miastem, a w związku z tym nie brakuje siłowni, sal z fitnessem czy szkół tańca. Opłaty, zwłaszcza dla posiadających legitymację studencką, są bardzo niskie. A czym jest 50-70 zł w obliczu miesięcznej radości i świetnego ciała? Zapisz się!
  • nie masz pieniędzy i naprawdę nie chcesz wychodzić z domu, a po zmroku tym bardziej? Zostań w domu i pobaw się w kucharza/kę. Dobre jedzenie, nie tylko smakowo, ale i wizualnie może poprawić humor. Nie lubisz gotować? Nie umiesz tego robić? Zaproś znajomych i bliskich do wspólnej zabawy – to gwarancja dobrze spędzonego czasu. To nic, że kuchnia będzie wyglądać jak po wojnie. Spójrz na to z innej strony: dobre jedzenie + dobre towarzystwo = wyśmienity humor przez dłuższy czas.

Najważniejsze jest, by działać w jakikolwiek sposób. Bezruch do niczego nie prowadzi. Nawet lektura zaległych książek pod kocem z kubkiem gorącej herbaty jest lepsza niż denerwowanie otoczenia. Niektórzy twierdzą nawet, że nawał pracy potrafi zająć myśli, ale czy naprawdę chcemy aż tak radykalne środki przedsięwziąć?

 

Zacznij od dziś

Aby zmotywować się do czegokolwiek, dobrze mieć kompana niedoli, choć nie jest on niezbędny. Na dobry początek (skoro już to czytasz Drogi Czytelniku, to znaczy, że mimo wszystko jesteś związany emocjonalnie z komputerem), polecam kilka piosenek, które możesz odsłuchać i na pewno znasz. Enjoy!

Bob Marley – Don’t Worry Be happy

Bon Jovi – It’s My life

Gloria Gaynor – I Will Survive

James Brown – I Feel Good

Goran Bregovic – Kalashnikov

 

BONUS! Hakuna Matata i…

Wyginam śmiało ciało!

 

Autor: Patrycja Janiec

 

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Motyw – ŁódźComments (3)

Niczego nie żałować

Lato niewątpliwie dobiegło już końca. Ani śladu zielonych liści, gorąca lejącego się z nieba czy roześmianych i opalonych ludzi snujących się po ulicach w poszukiwaniu cienia. Teraz pozostały nam tylko wspomnienia.

Rys. AK

Zawsze mnie interesował fenomen wakacyjnych przygód. Co sprawia, że w okresie czerwiec-wrzesień zdarza się nam ich najwięcej? Dłuższe dni, więcej wolnego czasu, ładna pogoda? To by było zbyt proste. Wszak w deszczowy, listopadowy i zapracowany dzień też może się czasem przydarzyć coś miłego. Dlaczego więc akurat lato?

Może chodzi o samo nasze nastawienie, przez które instynktownie stajemy się bardziej otwarci na nowe znajomości, wyzwania i przeżycia. Z kolei ich wspomnienie będzie wywoływać czuły uśmiech na naszych twarzach przez następne jesienno-zimowe wieczory.

Moje lato to wspomnienie słodko pachnących papierosów. Do dziś widzę siwy dym unoszący się leniwie nad drewnianym, ciężkim stołem. Dym zataczał kółka nad naszymi głowami, tańczył z płomieniem świecy, burzył się, gdy coś powiedziałam i znikał, aż do następnego zaciągnięcia i wypuszczenia go przez usta. Ot, prosta rzecz, a jak potrafi zapaść w pamięć…

Zastanów się, Drogi Czytelniku, co Ty wspominasz najmilej? Czym pachniało Twoje lato? Czyją twarz widzisz, gdy myślisz o wakacjach? A może czegoś żałujesz i chciałbyś coś zmienić?

Ja bym niczego nie zmieniła, bo i nie mam, czego żałować.

 

Autor: AK

 

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Być łodzianką!, Motyw – ŁódźKomentarze są wyłączone

Napisz do mnie

Ostatni weekend sierpnia zwiastuje rychłe nadejście jesieni. Sporo liści już spadło, jarzębina dojrzewa, kasztany nabierają brązowego koloru. Idealna pora dla romantyków, choć są i tacy, którzy mawiają, że na ulicach, w ogrodach i parkach po prostu panuje marazm. Czy tylko?

Rys. AK

Chwila poprzedzająca jesień zawsze kojarzyła mi się ze szkołą. Mama szykowała wtedy wyprawkę, kupowała podręczniki, przybory szkolne, tenisówki na WF, zeszyty i masę innych kolorowych rzeczy. Był to czas niosący, mimo swej melancholijnej aury, nutę nadziei na coś nowego, wesołego i ciekawego, co wydarzy się tuż po usłyszeniu pierwszego dzwonka w szkole. Nigdy się nie myliłam. Każde 45 minut spędzone w ławce było swojego rodzaju sposobem na rozwinięcie metod ukrycia przed nauczycielem faktu, że jego lekcja jest nudna. I tak lekcje zawsze były za długie, a przerwy za krótkie. Dzieciaki żyły swoimi małymi problemami, chowały stare kanapki, nie chwaliły się rodzicom z kolejnej „pały” w zeszycie… Tak beztrosko i z uśmiechem na twarzy mijały kolejne miesiące, aż znów przyszedł wrzesień.

Studencki wrzesień nieco różni się od innych. Ten czas, określany często mianem „kampanii wrześniowej”, nie wróży nic dobrego, gdyż toczyć się będą prawdziwe boje o upragnioną „tróję” w indeksie. W ferworze poprawek i egzaminów, czasem rekrutacji łatwo zapomnieć o tym, jaką porę roku właśnie mamy. Mnie na szczęście i w tym roku ominęła ta wątpliwa przyjemność walczenia o byt studencki, toteż mogę rozkoszować widokiem powolnego przemijania lata i nastawania jesieni.

Jadąc ostatnio tramwajem do pracy, gapiłam się bezmyślnie w okno, widząc na przemian szare budynki, twarze bez imion i moją własną twarz – odbicie w szybie.  Moją uwagę zwróciła dopiero pewna pani, która usiadła niedaleko i wyjęła z torby kopertę, a z koperty list. Trochę melancholii, romantyzmu, a może nawet wręcz nostalgii poczułam, gdy kątem oka przeczytałam kilka linijek listu. Inna kobieta opowiadała w nim o swoim pobycie w Danii, o tym, że powoli się już urządza, że bolał ją ząb, że dzieci niedługo pójdą do szkoły, że się martwi jak sobie poradzą, że mąż znalazł pracę, że tęskni.

Dwie rzeczy mnie mile zaskoczyły. Po pierwsze sam fakt, że ktoś jeszcze pisze dziś listy. Nie wirtualne, niematerialne i kompletnie nienamacalne e-maile, a właśnie listy takie prawdziwe, na ładnym papierze, złożonym na trzy, czasem ozdobionym małym rysunkiem. A po drugie staranny charakter pisma pani piszącej z Danii. Dawno takiego nie widziałam, aż się zawstydziłam, bo mój ostatnio się zepsuł i śmiało można mnie pomylić z typowym-stereotypowym lekarzem, który nawet „witamina C” potrafi napisać tak, że wygląda jak pismo arabskie, a po rozszyfrowaniu, brzmi jak wyrok, a nie nazwa popularnych tabletek.

Po przeczytaniu listu, kobieta złożyła go starannie, włożyła z powrotem do rozdartej koperty i schowała do torby. Chwilę się zamyśliła i wysiadła na następnym przystanku, a mnie wciąż towarzyszy nowe marzenie, by dostać taki list napisany na ładnej papeterii, i żeby była jesień, i żeby ten list był taki jak ta jesień – ciepły, trochę refleksyjny, ale dający nadzieję, że mimo tych spadających liści, nie wszystko jeszcze stracone.

Autor: AK

 

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Być łodzianką!, Motyw – ŁódźKomentarze są wyłączone

Piękna i bestia z sekretariatu

Ileż to razy przeklinałeś chwilę, kiedy to pani w okienku znużonym głosem odprawiła Cię z kwitkiem, albo popijając zimną kawę, warknęła coś pod nosem i odechciało Ci się z nią rozmawiać? Przeczytaj, dlaczego i jak tego uniknąć.

Rys. AK

Na pewno nie raz byłeś w sytuacji, w której zmuszono Cię do załatwienia czegoś, czy to w urzędzie, czy to w dziekanacie. Schemat jest zawsze ten sam: wchodzisz przez spore drzwi, często przeszklone, szukasz odpowiedniego stanowiska i przechodzisz do sedna spawy. Niestety nie zawsze jest to takie proste, dlatego jako przedstawicielka pań z sekretariatu, postanowiłam napisać krótki poradnik, jak się poruszać w biurze i urzędzie, żeby uniknąć spięć z bestią z okienka.

1. Witaj się i żegnaj.

Wbrew pozorom zwraca się wciąż uwagę na słowa „dzień dobry” i „do widzenia”. Wyrażają one względny szacunek do innych i pokazują, że nie zostałeś źle wychowany. Pani w sekretariacie na pewno to zauważy, doceni i nie schowa Twojej sprawy do szuflady.

2. Bądź pewny siebie.

Pani w sekretariacie nie lubi czających się petentów. Jeśli masz coś do załatwienia – po prostu to powiedz jak człowiek i nie kombinuj, chowając się gdzieś po kątach. Pani z sekretariatu i tak Cię widzi i czeka aż wreszcie powiesz, o co Ci chodzi. Przecież ona chce Ci pomóc.

3. Mów krótko i zwięźle.

Pani w sekretariacie ma mnóstwo pracy przeplatanej chwilami relaksu, których celem jest odreagowanie stresu pracy biurowej. Dlatego dobrze przemyśl swój problem czy warto w ogóle nim zawracać komuś głowę, bo może sam sobie poradzisz. Jeśli jednak nadal potrzebujesz pomocy, nakreśl sprawę w max. 2 zdaniach: o co chodzi i ewentualne pytanie, co dalej. Nie więcej. Panią w sekretariacie nie interesują Twoje życiowe historie, ani opowieść jak doszło do tego, że masz problem. Liczy się konkret.

4. Nie mądruj się.

Skoro już dotarłeś z nurtującą Cię kwestią do pani w sekretariacie i ją jej powierzasz, to zdaj się na panią. Nie próbuj jej narzucać jakiegoś swojego rozwiązania, bo skoro wiesz lepiej, to po co z tym do niej przychodzisz?

5. Słuchaj uważnie.

Każdego denerwuje, gdy musi powtarzać coś 3 razy, a druga osoba i tak się o to pyta. Podobnie ma pani w sekretariacie. Ona ma w ciągu dnia kilku petentów, którym mówi to samo, więc jeśli nie dotarła do Ciebie jej odpowiedź, albo masz trudności w zapamiętywaniu – notuj. Potem to przeczytaj, przetraw i działaj.

 

Postępując według tych 5 prostych zasad na pewno osiągniesz sukces. Chyba, że trafisz na naprawdę twardą sztukę… Powodzenia w biurowo-urzędowych wojażach!

 

Autor: AK

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Być łodzianką!, Motyw – ŁódźComments (1)

W czasie deszczu dzieci się nudzą…

…a dorosłym zbiera się na wspomnienia. Dzisiejsza „Łodzianka” powstała w otoczeniu zakurzonych, rodzinnych albumów z prawdziwymi, wywołanymi zdjęciami.

 

Rys. AK

W dni takie jak ten chyba nikt z nas nie czuje się najlepiej. Szarość nieba wydaje się współgrać czy nawet odzwierciedlać nasze samopoczucie, które charakteryzuje nijakość, znużenie, może trochę melancholia. W takich chwilach staram się nie zmarnować zbytnio dnia na przeżywanie wewnętrznej pustki, zastanawiając się jednocześnie, która kropla deszczu szybciej spłynie po szybie, i wzięłam się za porządki na dysku. Najbardziej niepokojąco wyglądał folder „WSZYSTKO”, który to zostawiłam sobie na koniec.

Po przerzuceniu setek różnych plików, miałam już ogląd co i gdzie jest. Nawet sortowanie poszło gładko i po 4 godzinach na moim dysku panował względny ład. Przyszła kolej na folder „WSZYSTKO”. Kliknęłam dwa razy w żółtą ikonkę i otworzyło mi się okno ze wszystkimi możliwymi typami plików: od muzyki przez teksty i grafikę po jakieś arkusze kalkulacyjne i filmy. „Mus to mus” pomyślałam i zabrałam się za usuwanie zbędnych rzeczy. Nagle trafiłam na folder ze zdjęciami z ostatniego roku. Zaczęłam przeglądać każde z nich po kolei, uśmiechając się w duchu do twarzy, które na nich widnieją. Przypominały mi nasze się rozmowy, żarty, a nawet wygłupy, czasem problemy, z których i tak wychodziliśmy obronną ręką. Znajomi ze studiów, znajomi z pracy, nasza Redakcja – dziesiątki osób, których drogi krzyżują się z moją drogą. Dziesiątki osób, które zostawiły po sobie ślad chociażby w postaci tych zdjęć. Dziesiątki osób, które utkwiły w mojej pamięci i kilka osób, które zostaną w tej pamięci na zawsze nawet, gdybym usunęła zdjęcia z dysku.

Chyba się starzeję.

 

Autor: AK

 

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Być łodzianką!, Motyw – ŁódźKomentarze są wyłączone

Tantal w szpilkach

Sesja to czas, który w życiu każdego studenta mija w mękach porównywalnych tylko z mękami Tantala. Ja natomiast postanowiłam zadać sobie jeszcze większy ból, bo przecież nic tak nie oczyszcza i nie uszlachetnia jak porządne cierpienie.

 

Rys. AK

Końcówka studiów jest pewnego rodzaju sumą wszystkich poprzednich lat, pewną retrospekcją i zarazem nadzieją na sukces w postaci zdobycia upragnionego dyplomu. Całe tygodnie, miesiące, semestry, a w końcu i lata biedny student mozolnie przyswaja wiedzę i przechodzi do następnego etapu swojej drogi edukacyjnej, aż w końcu widzi jej koniec.

Moja upragniona i (prawie) ostatnia sesja właśnie dobiega końca. Jeden z cięższych egzaminów na filologii to egzamin z historii literatury. Chciałam się do niego dobrze przygotować, wszak piszę pracę z zakresu literatury, toteż wstydem byłoby go oblać.

Wiedzę jakoś udało mi się przyswoić, może nie w takim stopniu, jak bym chciała, ale zawsze coś. Do pełnego rynsztunku brakowało jeszcze odpowiedniego ubioru, a ten — jak wiadomo — jest niezwykle istotny u kobiety, zwłaszcza młodej, która jest na tym punkcie trochę przewrażliwiona. Do klasycznej czarnej spódnicy i białej bluzki włożyłam czarne szpilki. I to był błąd. Duży błąd.

Zejście po schodach na klatce schodowej udało się bezbłędnie. Nawet droga na przystanek autobusowy minęła dość szybko i bezboleśnie. Traf chciał, że zarówno w autobusie, jak i później w tramwaju znalazło się dla mnie miejsce siedzące, więc nie nadwyrężałam swoich stóp. Problem zaczął się jakoś w połowie drogi na mój wydział, gdzie chodnik już nie jest tak równy, a bruk na Piotrkowskiej potrafi zdradzić w najmniej oczekiwanym momencie. Ostatkami sił doszłam na mój wydział, wdrapałam się po schodach na drugie piętro i usiadłam pod pokojem, w którym miał się odbyć egzamin. Wraz ze mną czekała koleżanka z roku, z którą omawiałam raz jeszcze materiał. Później przychodziło coraz więcej zdających, którzy powtarzali teorię realizmu, streszczali sobie lektury i nawzajem częstowali się stresem i nerwami, toteż szybko zapomniałam o moich niewygodnych butach.

Po uldze, jaką odczułam po zdanym egzaminie, przyszedł czas na wyjście z uczelni. Niewygodne szpilki, ból stóp, a nawet kręgosłupa spowodowały, że łzy zaczęły mi napływać do oczu. Pomyślałam: „Trudno, wszak per asper ad astra”. Zacisnęłam zęby i faktycznie cierpiąc, doszłam do gwiazd. Niestety tylko tych na Piotrkowskiej.

 

Autor: AK

Korekta: M.K.

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Być łodzianką!, Motyw – ŁódźComments (2)

Nieszczęśliwa kasjerka

Nie wszystkie zawody są prestiżowe i nie wszystkie dają tyle szczęścia pracownikowi, ile by chciał. Zdaję sobie z tego sprawę. W dzisiejszym świecie trudno o pracę, w której spełniałoby się swoje pasje i zainteresowania.

 

Rys. AK

Taka możliwość jest dana tylko nielicznym. Jednak w pracy, gdzie mamy do czynienia z innymi ludźmi, a szczególnie z klientami, potrzebni są pracownicy otwarci i jednocześnie o mocnych nerwach. Faktem jest, że nie każdy klient jest miły. Ale to, co spotkało mnie w jednej z sieci supermarketów to czysta przesada!

Zmęczona po długiej pracy nad słownikami w bibliotece uniwersyteckiej postanowiłam kupić sobie coś do picia oraz jedzenia, ponieważ zanosiło się na to, że tak szybko nie uporam się ze swoją robotą. Wzięłam ulubiony sok oraz bułkę maślaną. Do obiadu taki zestaw powinien mi wystarczyć. Niestety w godzinach, w których postanowiłam zrobić swoje małe zakupy, panował bardzo duży ruch. Widocznie nie tylko ja byłam głodna. Przy kasach były bardzo duże kolejki. Pani kasjerka szybko przesuwała produkty do czytnika, a klienci płacili monetami. Ja niestety od jakiegoś czasu nie używam monet. Jeśli już mam jakieś w portfelu, to wyłącznie parę złotych, ponieważ mam tendencję do gubienia małych kwot. Później znajduje je w torebkach i kieszeniach, ale nigdy nie mogę ich odszukać wtedy, kiedy płacę. Od tego czasu używam karty płatniczej.

Kiedy nadeszła moja kolej i podałam pani kasjerce swoją kartę, ta na mnie nakrzyczała:

— Przecież kolejka jest tak duża, a pani płaci kartą! Wie pani, ile czasu zajmuje czekanie na potwierdzenie transakcji?! — Dobrze, że używała form pan/pani, bo byłoby jeszcze gorzej. W czasie czekania na wydruk rachunku dodała słodko:

— Po takie duże zakupy mogła się pani udać do osiedlowego sklepiku.

Bardzo zniechęciłam się do tego supermarketu. Uprzedziłam się i na pewno już w tym miejscu zakupów robić nie będę. A przyszłym pracodawcom życzę, żeby znaleźli się w takiej samej sytuacji, co ja. W czasie rekrutacji ludzi na dane stanowisko będą sugerować się odpowiednimi cechami przyszłego pracownika.

Ja w tym przypadku poszłam na skargę do kierownika zmiany. Nigdy tego nie robiłam
i szczerze wstydzę się tego. Jednak prawo klienta jest prawem i nikt nie będzie mi mówił, gdzie mam robić małe zakupy i czym płacić.

 

Autor: Sonia

Korekta: M.K.

 

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Być łodzianką!, Motyw – ŁódźKomentarze są wyłączone

Mężu, słuchaj swojej żony!

On głową, ona szyją, ona chodzi w spodniach, a on jest pantoflarzem, a może to on jako tzw. „samiec alfa” dominuje i nie pozwala sobie nic powiedzieć. Różne są układy małżeńskie i różnie się na nich wychodzi. Czasem jednak warto, by mąż posłuchał swojej małżonki, jeśli nie chce przeżyć traumy w autobusie.

Rys. AK

Wczorajsza sobota była piękna, ciepła i słoneczna, toteż by nie siedzieć w domu, wybrałam się na mały spacer do centrum. Aby wydostać się z Chojen wsiadam w autobus i przemierzałam wraz z innymi pasażerami kolejne metry szarego asfaltu, przecinaliśmy miejskie powietrze mechanicznym pojazdem, zostawiając w tyle Biały Kościół, Czerwony Rynek, wszystkie lumpeksy i sklepy z towarem po 4zł.

Rzadko się jednak zdarza, by w weekend do autobusu lub tramwaju wsiadł kontroler i z typowym dla niego uśmiechem na twarzy poprosił o pokazanie biletu. Tym razem było inaczej. Społeczność autobusu linii 72 zaskoczyła naprawdę miła para kontrolerów. Z każdym zamienili kilka słów, uśmiechali się i żartowali. Wszyscy okazali się być przykładnymi pasażerami z ważnymi biletami jednorazowymi lub okresowymi. Para kontrolerów usiadła więc spokojnie i jechała z nami.

Dwa przystanki dalej wsiadła trzyosobowa rodzinka – rodzice z córeczką. Usadowiwszy się zaraz za kierowcą, rozpoczęli poszukiwania biletów. Te chwilkę później się znalazły w kieszeni głowy rodziny – taty i męża.

- Skasuj je – powiedziała kobieta.

- Zaraz skasuję – odpowiedział mężczyzna.

- Skasuj natychmiast. Ja nie będę płacić mandatu – ponaglała żona.

- Dobrze, zaraz skasuję – uspokajał z uśmiechem mąż.

Rozmawiali tak jakiś czas, jednak gdy pani kontrolerka poprosiła o pokazanie skasowanego biletu, rozmowa zmieniła się w awanturę. Mimo prób wyjaśnienia sytuacji i próśb o nieprzyznawanie jednak mandatu, scenariusz dalszych działań był łatwy do przewidzenia. Rodzina wysiadła tam, gdzie miała wysiąść i oboje rodziców dostali po mandacie.

- Widzisz?! Mówiłam, żebyś skasował ten bilet, ale ty zawsze wiesz lepiej, to teraz płać! – podsumowała żona.

- Dobrze – zgodził się mąż.

Zdarzenie dość zabawne, a na pewno nietypowe, ukazujące nie wiem, czy bardziej upartość męża na początku czy jego uległość na końcu. A może to tylko wyjątkowa sytuacja, która niechcący doprowadziła do otrzymania mandatu za jazdę bez skasowanego biletu. W każdym razie czasem warto posłuchać swojej żony!

 

Autor: AK

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Być łodzianką!, Motyw – ŁódźComments (2)

Strona 1 z 612345...Najstarsze »

Miej OKO na imprezy!

Kanały informacji

Archiwum Eldezetu