Pewna polska piosenkarka śpiewa „cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest”. Antoni Czechow twierdził inaczej i mimo upływu ponad 100 lat od napisania przez niego sztuki „Trzy siostry”, w której bohaterowie przypuszczają, iż w przyszłości będzie lepiej, nic tak naprawdę się nie zmieniło.
Teatr Nowy zawsze kojarzył mi się ze sztuką nieco inną niż ta, którą możemy zobaczyć na deskach chociażby Teatru Wielkiego. Mała sala, kameralna, brak kurtyny, wyraźny brak kurtyny, surowe, czarne deski, ciepłe snopy światła, idealna akustyka stwarzają wrażenie bliskości tej sztuki i jej namacalności. Wczoraj dotknęłam „Trzech sióstr” Antoniego Czechowa.
Znana historia zagrana przez młodych aktorów. Bohaterowie są rozczarowani życiem, które okazało się nie być takie różowe jak myśleli. Upragniony wyjazd do Moskwy pozostał tylko marzeniem. Miłość, niespełniona miłość, małżeństwa z rozsądku i próby stawienia temu czoła spełzły na niczym. Mało tego – te niezdarne działania tylko obnażyły ludzką niemoc, wobec może nie tyle przeznaczenia czy losu, ale po prostu wobec życia, które – jak wiemy – pisze najlepsze scenariusze. Problem polega tylko na tym, że nie zawsze te scenariusze są takie, jakie byśmy sobie wymarzyli, a role, które przyjdzie nam odgrywać, często do nas nie pasują. Dusząc się w nich, zapętlamy się w działaniach, które prowadzą w najlepszym przypadku do punktu wyjścia.
Rozczarowanie to dobre słowo, pasujące do „Sióstr”. Na koniec główne bohaterki lamentowały, by za chwilę wstać i wraz z całą ekipą się ukłonić i podziękować publiczności. Owacje na stojąco, nowoczesne katharsis mieszające się z radością z pójścia do teatru i poczucia się lepszym, bo przecież teatr to nie telewizor czy YouTube.
Sztuka Czechowa zakończyła się jeszcze jednym ważnym wydarzeniem – śmiercią barona Mikołaja Tuzenbacha, postaci, która jako jedyna otwarcie mówiła, że jest szczęśliwa i że szczęście może spotkać każdego. Ba! Szczęście spotyka każdego, tylko nie umiemy o nim mówić. Baron jednak u m i e r a w pojedynku.
Po wyjściu z budynku teatru zobaczyłam lekkie płatki śniegu opadające na każdy centymetr ziemi. Gęsty śnieg stał się dla mnie kontynuacją sztuki, której akcja zakończyła się jesienią. „Teraz czas na zimę” pomyślałam. Siedząc bezczynnie w samochodzie i patrząc tępo w szybę, zastanawiałam się, czy może naprawdę t o życie, t e g o wieczoru, t e j nocy nie jest faktyczną kontynuacją „Sióstr”? Swoiste uświadomienie, że świat tak naprawdę nie niesie żadnej nadziei na szczęście, że sama już się wiele razy rozczarowałam i że jeszcze nie raz i nie dwa to nastąpi, a moje marzenia, tak jak marzenia sióstr o powrocie do Moskwy, nigdy się nie spełnią, a to, co nazywam „szczęściem” tak naprawdę tym szczęściem nie jest. A może trzeba „pomścić” barona i pokazać przede wszystkim sobie samej, że m o ż n a być szczęśliwym?
Można?
Autor: AK











