Udostępnij artykuł na Facebooku
Gwiazdka tuż, tuż, więc trzeba się zaopatrzyć w prezenty dla najbliższych. Czasem jest to niestety trudne — zdenerwowanie rośnie, co udziela się też sprzedawcom i kasjerom, którzy mają najwyraźniej dość takiej ilości klientów. Dziś o łodziance na zakupach w Manufakturze.
Sobota zaczęła się pięknymi promykami grudniowego słońca, wpadającymi do mojego pokoju. Optymizm towarzyszył mi więc od samego rana i z uśmiechem na twarzy wyszłam z domu. Po załatwieniu jednej sprawy, pojechałam prosto do Manufaktury, by rozejrzeć się za prezentami. Wysiadłam z 11 i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to błoto przez jakie musiałam się przedrzeć, by dostać się do głównej alei. Pod błotem był lód, zatem kilka razy mało nie wywinęłam kozła w moich ślizgających się oficerkach. Pomijam, że cały trud czyszczenia i dopieszczania moich butów przed wyjściem poszedł na marne, bo mało się nie utopiłam w tym błocie.
Gdy wreszcie udało mi się dotrzeć do Manufaktury i przekroczyłam jej próg, usłyszałam wesołą, bożonarodzeniową pioseneczkę. Nie wiem czemu, ale działała mi ona na nerwy. Może to przez dokuczający mi od godziny ból głowy? Drugą rzeczą, która mi przeszkadzała była duchota panująca w całym budynku. Mimo to zacisnęłam dzielnie zęby i ruszyłam na poszukiwania tego jedynego prezentu. Byłam na górze, na dole, tu i tam, tam i z powrotem, łaziłam w kółko, przyglądałam się wystawom, przeszukałam cały Empik, aż w końcu opadłam z sił. Doczłapałam się do REAL-u, by kupić coś do picia, a przy okazji popatrzeć, jak długie są kolejki po karpie. Zawsze mnie śmieszyło, że zimne ryby wzbudzają takie pożądanie. Niestety kolejka ta nie była zbyt duża, ale znalazłam wafle, które postanowiłam kupić.
— Raz się żyje! — pomyślałam i wzięłam jeszcze jedno opakowanie.
Z głośników zaczęła znów wydobywać się jakaś nieznośna bożonarodzeniowa melodyjka. Chciałam się szybko ulotnić, więc stanęłam w kolejce dla osób mających maksymalnie 10 produktów w koszyku. 5 rzeczy kwalifikowało mnie do tej kasy. Do końca łudziłam się, że pójdzie szybko, jednak trafiłam na dość wolno pracującą kasjerkę.
— Powoli, ale dokładnie — tłumaczyłam sobie. — Zaraz stąd wyjdę, jeszcze tylko chwilka — powtarzałam. Było mi gorąco i niewygodnie, bo pod płaszczem miałam żakiet. Nie lubię nosić żakietów.
Końca nie było widać. 15 minut mojego życia straciłam na stanie w kolejce do kasy ekspresowej. Gdy wreszcie nadeszła moja kolej, powiedziałam radosne „dzień dobry” do kasjerki, ale odpowiedziało mi tylko puste „piiiik” przesuwanego przez kasę produktu. Obsługująca mnie pani wydawała się być przyrośnięta do swojego krzesełka, zupełnie jakby stanowiła integralną część całej kasjerskiej aparatury — wzrok wpatrzony w jeden punkt, ręce sprawnie przerzucające zakupy i koncentracja. Tak, koncentracja była ogromna. Popatrzyłam na panią i poczułam do niej pewną sympatię, która za chwilę jednak znikła. Pani coś wymamrotała pod nosem.
— Słucham? — spytałam.
— No 32,80! — brzmiała niezbyt grzeczna odpowiedź.
Dostosowując się do tempa pracy pani kasjerki, zaczęłam szukać portfela. Również z tą szybkością zaczęłam go otwierać i szukać drobnych. Niestety wśród monet o nominale 5gr i 10gr nie mogłam znaleźć pożądanej kwoty, więc chciałam zapłacić kartą. Wtedy pani się obudziła:
— Nie mogła od razu dać karty?! — powiedziała, ale nie wiem czy do mnie, czy do siebie, a że ja wszystko biorę do siebie, poczułam się dotknięta.
— Nie mogła! — odparłam.
Wzięłam, co moje i szybkim krokiem, wynikającym z poirytowania, wyszłam prosto na to błoto. Stanęłam po środku i miałam ochotę się popłakać. Niech już minie ta bożonarodzeniowa gorączka. Pani kasjerka i ja ewidentnie źle ją znosimy.
Autor: AK
Korekta: M.K.



