Archive | Motyw – Łódź

Zabezpieczony: Zainteresowanie Łodzią rośnie

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Kategoria: Zapomniana ŁódźWprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczony: Łódź na fali w BBC

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Kategoria: Zapomniana ŁódźWprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Pociąg do Ziemi Obiecanej

Udostępnij artykuł na Facebooku

Idę  ulicą Targową od strony alei Piłsudskiego wraz ze zmniejszającymi się numerami na budynkach. Po kilkunastominutowym spacerze w oddali wyłania się bezkresna przestrzeń porośnięta trawą. Słońce przebija się przez chmury i rozświetla karłowate zabudowania. Gdzie ja właściwie trafiłam? Może jakoś zakrzywiła się czasoprzestrzeń? Czy to aby na pewno środek miasta? Samo jego centrum? Po chwili dostrzegam, że w ten zielony dywan zostały wplecione tory, które biegną w stronę peronów. Jestem na Dworcu Fabrycznym!

Pociąg do Ziemi Obiecanej

Panorama dworca. Fot. Joanna Kocemba

Na początek trochę historii. Wszystko zaczęło się od tego gdy w 1848 r. powstała linia kolejowa łączącą Warszawę z Wiedniem. Prężny rozwój spowodował, że jak na potrzeby miasta do najbliższej stacji (Rokiciny) jest za daleko. Do wybudowania bezpośredniego połączenia z węzłem kolejowym dążył głównie Karol Scheibler. Cel udało się osiągnąć w 1865 r. doprowadzając tory do Koluszek (leżących na trasie Warszawa-Wiedeń). Pierwotnie budynek Dworca Fabrycznego usytuowany został tam, gdzie teraz znajduje się Łódzki Dom Kultury. Gmach zaprojektowany przez Adolfa Schimmelpfenniga w 1868 r. zyskał neorenesansowy charakter, po przebudowie z końca XIX wieku. Ciekawe jest to, że w tamtych czasach budynki dworcowe planowano tak, aby ich długość była równa długości składu kolejowego. Według tej wytycznej został wybudowany również budynek naszego dworca.

Renesansowy charakter budynku dworca.
Fot. Joanna Kocemba

Oczywiście każdy dworzec to przede wszystkim miejsce przyjazdu, postoju i odjazdu środków komunikacji, pełniących funkcję użyteczności publicznej. Ale stojąc u bram Dworca Łódź Fabryczna i obserwując łodzian przechodzących skrótem przez tory (co jest „be” jak podano na wyblakłej tablicy) przenoszę się jakby w czasie. Bardzo wyraźnie widzę jak młodzi i starzy, którzy przybyli do Łodzi z okolicznych wsi w poszukiwaniu swojej Ziemi Obiecanej, wysiadają z pociągów. Są umęczeni podróżą, ale pełni nadziei na lepsze jutro. Jeszcze nie wiedzą jak ciężko przyjdzie im pracować. Na razie z uśmiechem na twarzy dźwigają swoje toboły.

Zmierzam po błotnistej glebie ku opuszczonym peronom. Słuchając zapowiedzi odjazdu pociągu, cofam się o wiele lat. Widzę tłum ludzi. Niektórzy żegnają się rzewnie, inni stojąc samotnie niepewnym uśmiechem dodają sobie animuszu, większość jednak przepycha się przy wejściu do wagonu, by zająć miejsce. Każda z tych osób skrycie liczy na to, że podróż pozwoli jej przeżyć coś niezwykłego i uciec od dotychczasowego życia.

Podchodząc do zdewastowanego budynku Dworca, widzę samą siebie w lustrze minionych lat. Znowu mam 6 lat i największą rozrywką jest dla mnie podróż do Koluszek i z powrotem.

Wszyscy wiemy, że w niedługim czasie infrastruktura powstałego w XIX wieku Dworca Łódź Fabryczna

Czy tak chcemy witać przyjezdnych? Fot. Anna Markiewicz

całkowicie się zmieni. Przede wszystkim Dworzec zostanie wprowadzony w podziemie. Przebudowy te są jednoznacznie pozytywne, są szansą na szybszy rozwój miasta. Jednak zmieniając Dworzec, żegnamy się z częścią naszej wspólnej przeszłości — naszej — łodzian tworzących to miasto, dla których Łódź Fabryczna była furtką do innej rzeczywistości. Chciałabym bardzo, by nie zostało to zapomniane i jednocześnie, by łodzianie zdawali sobie sprawę, jak olbrzymia operacja dokona się na tak ważnym elemencie naszego miasta.

Dworzec ten jest dla mnie miejscem magicznym. To symbol będący uwieńczeniem podróży jako metafory zmiany. Niestety, obecnie stan Fabrycznego jest bardzo zły. Aż strach pomyśleć, co myślą o Łodzi podróżni, którzy wysiadają przy Kilińskiego. Bo cóż widzą? Widzą rozpadający się budynek Dworca, dziurawą wiatę nad dwoma z czterech peronów, i chyba od wieków niemytą podłogę. Zapewne więc turyści tracą część entuzjazmu związanego ze zwiedzaniem miasta, a potencjalni inwestorzy ochotę na lokowanie środków. Zresztą niewiele osób wysiada na Dworcu Łódź Fabryczna. Liczba połączeń jest bardzo mała, sam rozkład jazdy nie odzwierciedla potrzeb podróżnych, pociągi spóźniają się, a bilety są względnie drogie.

Potrzeba zmiany jest więc ogromna i ta zmiana na szczęście się dokona. Cieszmy się z tego jako łodzianie, jednak wykorzystajmy też pozostały nam czas na poznanie magii obecnego Dworca Łódź Fabryczna.

Mam nadzieję, że udało mi się rozpalić ciekawość Dworcem Łódź Fabryczna. Jeżeli tak, zapraszam do przeczytania za dwa tygodnie o zmianach, jakie dokonają się na dworcu a także o ludziach, dla których kolej jest pasją połączoną z zawodem, jaki wykonują (rozmowa z redaktorem naczelnym gazety „EC1Kolejowy” — Kostkiem Lichtenstein)

Joanna Kocemba

Kategoria: Zapomniana ŁódźComments (0)

O budowaniu ze słów

Udostępnij artykuł na Facebooku

Koniec jednego z cotygodniowych wykładów. Wychodzę po części zadowolony, po części przygnębiony — po raz któryś z kolei stwierdzam, że przy półtoragodzinnym bombardowaniu słowami, niewiele z nich zapamiętałem, a jeszcze mniej faktycznie pojąłem. Przepaść pomiędzy słowem wypowiedzianym a tym, co oznacza jest ogromna, choć i samo mechaniczne słuchanie potrafi dostarczyć zadowolenia. Słowa układają się w lite bloki, z tych zaś budowane są domy; zespoły domów tworzą całe miasto — miasto słów — pełne wysokich wież i niepokojących świątyń, posiadające rozległe dzielnice mieszkalne i stare, poprzecinane ciemnymi uliczkami. Łatwo się tu zgubić. Wszyscy chyba znamy to uczucie, gdy po przybyciu do nieznanego miasta, zagłębiamy się w obce nam dzielnice i nie wyrobiwszy sobie jeszcze odpowiedniej orientacji, wchodzimy coraz głębiej i głębiej w nowe rejony, zaskakiwani co i rusz innym widokiem, świadomi oddalania się znajomych dziedzin. Uczucie osamotnienia jest uzasadnione, tak jak uzasadnione jest osamotnienie wobec gmachu ludzkiej kultury. Także tutaj stajemy przed nieznanym i także w tym przypadku szybko zdajemy sobie sprawę z ogromu kompleksu, z którym przyszło nam się zmierzyć. Stwierdzamy, że pewne drogi są zablokowane, inne zaś tylko pozornie wyglądają na ślepe. Gdy zapada noc, niepokój potężnieje, przypomina o samotności naszej włóczęgi. Wraz z narastającym zmrokiem, wzrok traci dzienną sprawność, przestaje przenikać przestrzeń, otwiera się oko duszy, ukazując nam świat wyobrażeń i lęków. Nagle zyskujemy możliwość spojrzenia z wysoka, postrzegamy miasto pełne świateł i życia jako całość, lecz nie przestajemy się oddalać, wiedzeni pragnieniem ujrzenia jeszcze obszerniejszej całości. Szybko okazuje się, że to, na co patrzymy, roi się od dziur, poszerza się zasięg ciemności, nikną punkty orientacyjne, aż pozostaje tylko czerń i znikome, choć wyraźnie obecne poczucie istnienia. Świat zniknął, w ruinę obracają się wcześniej widziane kształty, ledwie majaczą ich powidoki; ścieżki, którymi kroczyliśmy wydają się absurdalnie odległe i nonsensowne. Cóż bowiem mogą znaczyć w porównaniu z tym, co obecne? Najbardziej błyskotliwe myśli i śmiałe projekty pozostały w tyle, tutaj już nic nie da się wznieść, fundament też musi być na czymś ugruntowany, tu zaś jest tylko miękkość. W ciemną noc, na opustoszałej podmiejskiej ulicy, gdzie brak jakichkolwiek źródeł światła, czujemy tylko nierówny grunt pod nogami. Można tu przystanąć na dłuższą chwilę, wsłuchać się w ciszę  i nie usłyszeć swoich myśli. Niepokój nie ma już do nas przystępu, świat obiektywny się skończył. Pozostało trwanie.

"Wzrok przyzwyczaił się już do ciemności, zdajemy sobie sprawę że patrzymy w dół. Unosimy oczy nieco wyżej i zaczynamy widzieć. Daleko przed nami jaśnieje blade światło miasta." Fot. Kamil Porembiński

Wzrok przyzwyczaił  się już do ciemności, zdajemy sobie sprawę że patrzymy w dół. Unosimy oczy nieco wyżej i zaczynamy widzieć. Daleko przed nami jaśnieje blade światło miasta. Myśli znów zaczynają krążyć, odczuwamy obecność kończyn, powraca puls własnej żywotności. Nogi same prowadzą nasz umysł ku stabilności, zachęcają do ponownego wytyczenia tego, co konkretne i znalezienia oparcia dla kolejnych kroków. W takiej sytuacji na nasze nogi możemy liczyć. Szybko stajemy w znajomej, a jednak nowej poświacie latarni miejskich. Tak  świat zostaje stworzony z nicości metodą marszu. Świat miasta i świat słów.

Jerzy Bytniewski

Kategoria: Motyw – ŁódźComments (0)

Pożytek z literatury

Udostępnij artykuł na Facebooku

Obniżka cen książek w jednej ze znanych sieci księgarskich. Złożyłem oczywiście stosowne zamówienie, niedawno je odebrałem. Otwieram tekturową paczuszkę, delikatnie wyjmuję niewielkie tomiki, każdy ważę w ręce i przyglądam się kolorowym, przyjaznym okładkom. W środku zawarta jest drobna, ach niezwykła część dorobku intelektualnego ludzkości; atrakcyjnie oprawiona i rzucona w otoczenie typowego dla naszych czasów księgarskiego blichtru. Czy towarzystwo poczytnych powieści uwłacza dawno już nieżyjącym mistrzom? Ktoś by powiedział, że zmarli nie mają prawa głosu, ale być może z kart starych dzieł da się wyczytać lekko ironiczny uśmiech, pełen pobłażania, a może nawet litości. Także nieżyjący potrafią się śmiać. Sztuka czytelnictwa polega na rozpoznaniu tego uśmiechu. Śmiech martwych potrafi być przewrotny, niesie spóźnioną satysfakcję z trafnie wygłoszonych proroctw, wypomina nieudane eksperymenty, przypomina świat świeższy, nie odstręczający jeszcze kwaśną wonią niewietrzonego archiwum. Umarli wykazują jednak niezwykły dystans w stosunku do swoich niepowodzeń. Chybione obserwacje, bankructwo idei, porażki misternie opracowanych projektów zbywają milczeniem, zaś ich pewność siebie jest tak trwała jak karty, na których została odciśnięta przed wiekami. Nawet pomimo tego, że dzisiaj posiadamy inną pewność.

 

"Celem jest sama czynność kontaktu z dawnością, chłonięcie klimatu." Fot. Kamil Porembiński

Ołtarzyk złożony z dzieł mistrzów myśli europejskiej jest moim marzeniem już od dłuższego czasu. Nie chodzi bynajmniej o czytanie tych książek. Czytanie to zdolność trudna, niektórzy powiedzą, że wymarła, inni stwierdzą, że można się jej nauczyć, choć nie każdy podoła temu wyzwaniu. Dla mnie największym profitem płynącym z posiadania wielkich dzieł jest sama ich obecność, aura którą roztaczają, ciepło w którym można się ogrzać, powiew jednorodności światopoglądowej, jasności planów, klarowności opinii, wiecznej, niezbywalnej aktualności i uniwersalności rozstrzygnięć, które odbijają się echem w próżnym kotle dziejów. Obecność tych kamieni milowych historii, spoglądających na mnie z wyżyn regału z książkami, wprawia w osłupienie i wzbudza respekt. Nie pozwala przejść obojętnie obok fenomenu człowieka, każe przynajmniej spojrzeć i westchnąć nad jego osobliwością. Pokłady dziejowego piśmiennictwa przypominają żyzną glebę, pozwalają zapuścić korzenie, dać się pochłonąć ziemnemu grzęzawisku życia przyjmującemu dziś wysublimowaną postać wszechobecnej informacji. Życie ma być spontaniczne i ekspansywne? Ma dostarczać nowych podniet, wywoływać zachwyt i uczucie pełni? Wszystko to znajdziemy w literaturze, oczywiście pod warunkiem, że oddamy jej całą swoją duszę. Pasja wymaga poświęcenia, zakorzenienie wymaga poświęcenia, życie wymaga poświęcenia. W przeciwnym razie pochłonie nas demon marności, staniemy się nędznymi bytami skazanymi na pół istnienie ni to w realności, ni to w sennym koszmarze, na pograniczu dwóch światów zwanych nicością.

Jak czytać księgi, nie potrafiąc czytać? Rzecz to błaha, podstawą jest duch kolekcjonerstwa. Zabierając się do lektury, należy mieć na uwadze, że każda przerzucona (zauważ Czytelniku, że nie napisałem przeczytana) strona przybliża nas do zwieńczenia szlachetnego działa zgromadzenia wszystkich istotnych tekstów. Treść książek odgrywa tu rolę drugorzędną, ale należy stale dbać aby były to dzieła naprawdę wybitne. Bo czy ma jakiś sens gromadzenie przedmiotów uznawanych powszechnie za znikome i nie przedstawiające większej kulturowej wartości? Początkujący czytelnik powinien jak najszybciej wyrobić w sobie przyzwyczajenie nie brania na serio wyczytanych w książkach treści. Najniebezpieczniejsze są fragmenty nawołujące do heroicznych czynów, nazbyt wyczerpującej refleksji czy zdecydowanego sprzeciwu wobec tego, co dane. Jest to typowy błąd początkujących czytelników. Wprawny kolekcjoner sprzeciwia się wszelkiej egzegezie. Jak wcześniej napisałem, nie obcuje on z literaturą, aby czerpać z niej wiedzę lub pouczenie. Celem jest sama czynność kontaktu z dawnością, chłonięcie klimatu. Współczesny czytelnik nie powinien zanadto przejmować się kondycją współczesnego świata, a już z pewnością nie ingerować w jego bieg. Nowoczesność buduje się sama, poznaje się również sama, ma do tych celów wykwalifikowanych specjalistów. My zaś skoncentrujmy się na tym, co naprawdę ważne
i pożyteczne w literaturze, na samej jej obecności, a  kto wie, może zasłużymy na uśmiech jednego z wielkich mistrzów, którzy poza standardowym szyderstwem użyczą nam też trochę kojącej litości.

J. Bytniewski

Kategoria: Motyw – ŁódźComments (0)

Poniedziałek

Udostępnij artykuł na Facebooku

Uciekam od stwierdzenia, wziętego ze słynnego polskiego filmu „nie lubię  poniedziałków”. Lubię. Nie zawsze, ale staram się nie uprzedzać  do żadnego z dni tygodnia, bo są Bogu ducha winne…, to tylko ludzie sobie coś tam wymyślili. A przecież nie trzeba być jak każdy.

Fot. Mateusz Żytny

Czemu akurat ja lubię poniedziałki? Może zacznę od historii powstania pomysłu na ten temat. Był poniedziałek (hmmm cóż za zdziwienie!) i idąc na przystanek, zauważyłam jak obok okolicznego sklepu zbiera się grupka starszych panów z piwem w ręku. Wszyscy są radośni, głośno rozmawiają i widać, że lubią swoje towarzystwo. Z ich rozmowy da się usłyszeć, że na niedzielny obiad był rosół, że „stara” znów kazała iść do kościoła lub, że ostatni mecz był do niczego. Pomimo, jakby mogło się wydawać, tych ciągłych zażaleń, cieszą się, że mogli wyrwać się z domu i spotkać ze sobą. Bo mniemam, że to nie pierwsze tego typu spotkanie, a więc zapewne znają się, wiedzą jakie piwo najbardziej lubią, i czują, że w tym towarzystwie na chwilę uciekną od rzeczywistości i będą z kimś, kto naprawdę ich rozumie i z kim można porozmawiać.

I myślę, że nie tylko tacy panowie czerpią radość z faktu, że tydzień się rozpoczyna. Owszem, dla wielu z nas jest to powrót do rzeczywistości związanej z pracą/szkołą/załatwianiem różnych spraw i pozostawienie udanego weekendu za nami. Jednak zawsze pojawia się szansa, że uda się coś nowego zdziałać, poznać interesujące osoby lub po prostu mieć dobry dzień. I dlatego lubię poniedziałki. To początek nowego tygodnia, gdzie energia po dwudniowym wypoczynku ma największą siłę rażenia.

Nie wiem, jak szanowni czytelnicy, ale ja zawsze w poniedziałki mam najwięcej pomysłów, kreatywności i weny twórczej. Nawet sam tekst powstał w poniedziałek. A jakby było tego mało, nie dość, że pierwszy dzień nowego tygodnia, to także pierwszy dzień nowego miesiąca!

Moja dobra rada? Nie narzekać po przebudzeniu na poniedziałki, ani na żadne inne dni, tylko stanąć przed lustrem, uśmiechnąć się i powiedzieć „jest dobrze!”. Powinno zadziałać. Jeśli nie… to polecam wizytę u specjalisty, bo może to być początek depresji. A wiosną to zwyczajnie nie przystoi.

P. Janiec

Kategoria: Motyw – ŁódźComments (0)

Zabezpieczony: Felieton

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Kategoria: Motyw – ŁódźWprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Strona 6 z 6« Najnowsze...23456

Miej OKO na imprezy!

Kanały informacji

Archiwum Eldezetu