Motyw działania sprawcy jest niezwykle istotną okolicznością spośród wielu, które badają prowadzący sprawę policjanci. Oczywiście, nie mniej ważne jest odwzorowanie chronologii zdarzeń, ustalenie sprawców i zabezpieczenie dowodów. Jednak poznanie motywacji osoby popełniającej przestępstwo pozwala nam na chwilę odejść od sztywnych paragrafów i zobaczyć w danym stanie faktycznym człowieka. Czasem jest on chciwy i bezwzględny, czasem działa w gniewie, czasami też bywa zagubiony i dopiero w chwili popełniania czynu zabronionego uświadamia sobie jego wagę. Niekiedy jednak sprawcy obce są tego rodzaju dylematy. Jak mawiał Alfred Pennyworth: „Niektórzy ludzie nie potrzebują żadnej logiki ani pieniędzy. Nie można ich kupić, torturować ani negocjować z nimi. Niektórzy chcą tylko patrzeć, jak świat płonie”.

Fot. Strangecosmos.com
Zdecydowana większość przestępstw, o których dowiaduję się szukając materiału do kolejnej Kroniki, wyczerpuje się w kilku paragrafach. Rozboje, kradzieże sklepowe, zdarzenia drogowe czy uszkodzenia mienia to chleb powszedni stróżów prawa, nie tylko w województwie łódzkim. Czasem trafia się jednak prawdziwy rodzynek, przestępstwo, w którym zarówno sprawca, jak i motywy jego postępowania, są wyjątkowe. Na takie miano bez wątpienia zasługuje historia 61-letniej kobiety, którą zatrzymano 19 grudnia w jednym z pensjonatów w Łebie. Było to efektem wielomiesięcznych starań skierniewickich funkcjonariuszy z Wydziału Kryminalnego. Dama, o której tu mowa, podawała się za niemieckiego profesora nauk ścisłych, (w rzeczywistości posiadała wykształcenie pedagogiczne) działającego w Polsce na zlecenie międzynarodowych przedsiębiorstw. Powołując się na szerokie kontakty za zachodnią granicą, oferowała przygodnie poznanym biznesmenom niezwykłe możliwości pomnożenia gotówki w tamtejszych bankach. Swoich kontrahentów 61-latka poznawała najczęściej w luksusowych hotelach na Pomorzu, gdzie dopinano też szczegóły transakcji. Aby uwiarygodnić się w oczach zamożnych przedsiębiorców kobieta przekazywała im egzemplarze swoich książek. W rzeczywistości były to prace autorstwa autentycznej niemieckiej uczonej o takim samym imieniu i nazwisku. Osobista dedykacja od poważnego naukowca z RFN okazywała się niezwykle skuteczna. Od marca 2009 roku fałszywa pani profesor otrzymała łącznie 1,6 miliona złotych. Dzięki naiwności polskich inwestorów nasza bohaterka wygrzewała się na plażach Australii, Hiszpanii, Grecji i Kuby. Po wielomiesięcznym śledztwie udało się w końcu, choć nie bez problemów, odnaleźć kobietę i umieścić ją w tymczasowym areszcie. Grozi jej nawet do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Opalania się przez więzienne kraty raczej nie można porównać do błogiego smażenia się na Bondi Beach. Na pocieszenie naszej oszustki dodajmy jednak, że pająki występujące w polskich więzieniach są zdecydowanie mniejsze od tych, które znają dobrze mieszkańcy Antypodów.
Z dalekich mórz i gorących piasków powracamy do szarej, krajowej rzeczywistości. 2 grudnia na jednym ze skrzyżowań w Radomsku doszło do sprzeczki pomiędzy pasażerami BMW a osobami siedzącymi w poprzedzającym je pojeździe. Wszystko zaczęło się na imprezie, na której bawili się jedni i drudzy. W pewnym momencie gorączkę piątkowej nocy zepsuła dyskusja o piłce nożnej. Nie wiadomo, niestety, za jakimi klubami byli awanturnicy, ale różnica zdań okazała się nie do pogodzenia i obydwie ekipy opuściły lokal. Na drodze do Radomska nie obyło się bez robienia głupich min przez szybę i wzajemnego pokazywania sobie najpopularniejszego wśród kierowców palca. Powyższe zniewagi wyjątkowo ubodły kierowcę jednego z samochodów, który, w odwecie za „terefere”, ostro potraktował BMW prześladowców za pomocą kija bejsbolowego. Co prawda, kierujący niemieckim bolidem 21-latek wskazywał, iż wyprostowania karoserii jego auta dokonało kilku mężczyzn, jednak odnaleziony przez policję sprawca wziął winę na siebie. Dobrowolnie poddał się karze trzech miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, a także został zobligowany do naprawienia szkody i zapłacenia grzywny. Aż dziw bierze, że dyskusje o siatkówce czy skokach narciarskich nigdy nie kończą się w tak brutalny sposób.
W Zduńskiej Woli nawet złodzieje mają sumienie! Taki nagłówek mógłby znaleźć się w lokalnej prasie lub folderze reklamowym. Nie wiem czy prezydent Niedźwiecki zdecydowałby się na promowanie miasta za pomocą przestępcy, ale historia, jaka rozegrała się 15 grudnia przy ulicy Getta Żydowskiego z pewnością zasługuje na rozgłos. Tuż przed 19:00 policjanci otrzymali anonimowe zawiadomienie o włamaniu. Pod wskazanym adresem odnaleziono pijanego 55-letniego mężczyznę, który wynosił z budynku worki z cementem. Gdyby odpuścił sobie ten łup, najpewniej zdołałby zbiec z miejsca zdarzenia przed przyjazdem mundurowych. Na trawie leżały bowiem spakowane i przygotowane do przeniesienia przyrządy murarskie i drabina. Jednak w dalszym ciągu coś się nie zgadzało. W telefonicznym zgłoszeniu mowa była o dwóch sprawcach. Po wytrzeźwieniu, schwytany na gorącym uczynku złodziej wyjawił, że miał wspólnika. Ten z kolei pomagał przy wynoszeniu sprzętów z firmy, w której sam pracował. Gdy jego starszy kompan zaproponował także zabranie cementu, 25-latek zdecydowanie zaoponował i oddalił się wykręcając z pobliskiego automatu numer 999. To niejednoznaczne zachowanie nie wpłynęło jednak na kwalifikację prawną czynu, gdyż obydwóm włamywaczom grozi do dziesięciu lat pozbawienia wolności. A zatem wszystko w rękach sędziego.
Na koniec trafiamy do Szczercowa, gdzie 1 grudnia sporo roboty miała straż pożarna. W późnych godzinach wieczornych z niewyjaśnionych przyczyn zapaliła się stodoła przy ulicy Kącik. Służbom ratowniczym nie udało się, niestety, uratować nic z wartego 17 tysięcy złotych budynku. Po oględzinach pogorzeliska okazało się, iż mieliśmy do czynienia z podpaleniem. Policjanci podjęli czynności śledcze, które, dokładnie osiem dni po zdarzeniu, doprowadziły do ujęcia sprawcy. Zatrzymany po krótkim rowerowym pościgu 22-letni mieszkaniec powiatu pajęczańskiego bez oporów opowiedział funkcjonariuszom jak podłożył ogień pod stodołę. Oświadczył ponadto, że zwyczajnie lubi to robić, a dodatkową przyjemność sprawia mu widok płonącego budynku oraz patrzenie na akcję bezskutecznie próbujących go gasić strażaków. Przyznanie się do winy zostało przypieczętowane przez znalezienie w domu chłopaka śruby pochodzącej z bramy wjazdowej na posesję, gdzie znajdowała się feralna stodoła. Na wniosek prokuratury podpalacz został objęty dozorem policyjnym. Śledczy ustalają czy zdarzenie z 1 grudnia było odosobnionym przypadkiem, czy też młody piroman ma na swoim koncie jakieś wcześniejsze popisy.
Autor: Adam Tubilewicz
Udostępnij artykuł na Facebooku