Archive | Kronika Kryminalna

Kronika Kryminalna 065 – Uwaga na fałszywego Łukasza

„Nie wiem kim jesteś, ale zalałem się i gadam z Tobą jak z dobrym kumplem” – to nazwa jednej z facebookowych grup, ale i opis fascynującego zjawiska socjologicznego. Specyficzny sposób nawiązywania alkoholowych znajomości niesie ze sobą zarówno szanse, jak i zagrożenia. Gdy po ustąpieniu kaca nowo poznana długonoga brunetka jest równie atrakcyjna jak w blasku dyskotekowych świateł to wszystko jest ok. Gorzej, gdy po przebudzeniu znika nie tylko współtowarzysz libacji, ale i nasze mienie.

 

Fot. cslacker.com

Tego rodzaju nieprzyjemna niespodzianka czekała na mężczyznę, który w nocy z 26 na 27 stycznia zaprosił do mieszkania swojego kolegę o imieniu Łukasza w celu konsumpcji napojów wyskokowych. Obydwaj panowie za kołnierz nie wylewali, jednak dość szybko nadszedł kres ich możliwości. Jako pierwszy do snu położył się gospodarz. Gdy przebudził się rano i poimprezowym zwyczajem podreptał do kuchni po kefir, jego uwagę przykuł brak kluczyków i dokumentów do zaparkowanego pod blokiem Forda Mondeo. Szybki rzut okiem na parking wprawił mężczyznę w jeszcze większe zdziwienie, gdyż miejsce po jego samochodzie stało puste. Na domiar złego, wyparowała także zawartość portfela. Pechowy imprezowicz niezwłocznie powiadomił policję, a ta rozpoczęła poszukiwania Łukasza. Odnalazł się on 1 lutego w jednej z kamienic przy ulicy Żeromskiego. Dla niepoznaki ukradzionego Forda zaparkował on z dala od miejsca swojego stałego pobytu, jednak dokumenty trzymał dla pewności w mieszkaniu. To go zgubiło. Zatrzymanemu grozi do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Co ciekawe, wcale nie miał na imię Łukasz. Uważajcie z kim pijecie, nawet jeśli Waszym kompanom patrzy z oczu tak dobrze, jak tym na zdjęciu.

Niezbyt daleko posuniętą ostrożnością wykazała się również pewna 14-letnia mieszkanka Piotrkowa Trybunalskiego. 1 lutego wyznaczyła sobie jako dzień zakupów i udała się do miejscowej galerii. Z kilku stoisk dziewczyna wybrała sobie nie tylko ubrania, ale też biżuterię i zegarek. Niestety, młoda amatorka shoppingu nie poznała jeszcze wyśnionej drugiej połówki, która w odpowiedzi na piękny uśmiech oddałaby jej, choć z pewnym wahaniem, swoją kartę kredytową. Ambitna 14-latka postanowiła więc poradzić sobie sama i poupychała drobne przedmioty w torebce, natomiast większe ciuchy założyła na siebie. Musiało być ich sporo, gdyż młoda dziewczyna o posturze Roberta Burneiki szybko zwróciła uwagę ochroniarzy, którzy zatrzymali ją i wezwali policję. Udowodnienie winy nie nastręczało trudności, gdyż Piotrkowianka nie zadała sobie nawet trudu oderwania metek od kradzionych ubrań. W trakcie przesłuchania w obecności rodziców wyszło na jaw, że w kradzieży na łączną sumę 475 złotych uczestniczyła również koleżanka zatrzymanej. W zaistniałej sytuacji obydwóm złodziejkom pozostało jedynie liczyć na wyrozumiałość sadu rodzinnego.

O łagodnym wymiarze kary nie ma za to co marzyć 37-latek, który urządził sobie pościg samochodowy na ulicach Łodzi. Zdarzenie miało miejsce 26 stycznia. Pod jedną z kamienic przy ulicy Gdańskiej podjechał Volkswagen Golf, w którym, według informacji policji, znajdował się poszukiwany listem gończym złodziej samochodów. Policjanci efektownie zablokowali mu drogę z obu stron, jednak mężczyzna przezornie nie wyłączał silnika i podjął ucieczkę taranując radiowóz oraz jednego z funkcjonariuszy. W grze GTA miałby już z pewnością trzeci poziom poszukiwania. Niezrażony uciekinier rozpoczął rejteradę ulicami miasta przejeżdżając przez trzy skrzyżowania na czerwonym świetle. Napotkawszy policyjną blokadę na ulicy Kilińskiego wjechał na chodnik, gdzie był bliski potrącenia kobiety. Krótko po tym ścigany porzucił samochód i pobiegł w kierunku zabudowań. To rozwiązanie rzadko przynosi sukces (nie oglądał serialu Kobra-oddział specjalny?). Tym razem również zawiodło, gdyż policjanci szybko poradzili sobie z uciekinierem. Okazało się, że mężczyzna ma za sobą nieciekawą przeszłość. Zwolniony z aresztu w listopadzie szybko rozwinął skrzydła i od tamtej pory ukradł co najmniej dziewięć pojazdów. 37-latek usłyszał również zarzut sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym oraz czynnej napaści na funkcjonariusza.

Nie mniej emocji wywołał incydent z 23 stycznia, który rozegrał się w jednym z bloków przy ulicy Krakowskie Przedmieście w Sieradzu. Około 21.00 do swojego mieszkania przybyła 23-letnia Sieradzanka. Zmęczenie ciężkim dniem szybko ustąpiło miejsca przerażeniu, gdyż kobieta spostrzegła w przedpokoju męskie buty i kurtkę. Było to dosyć dziwne, gdyż mieszkała sama. Jednak włos na głowie zjeżył się jej dopiero gdy zobaczyła śpiącego w jej łóżku nieznajomego mężczyznę i porozrzucane dokoła jego rzeczy. Wezwani na miejsce policjanci mieli niemałe problemy z dobudzeniem tajemniczego śpiocha, który, jak się potem okazało, przechowywał we krwi 2,6 promila alkoholu. Gdy mężczyzna doszedł do siebie opowiedział funkcjonariuszom całą historię. Otóż dzień wcześniej wracał od kolegi, z którym wcześniej sporo wypił. Niestety, nie udało się ustalić jak zdołał dostać się do cudzego mieszkania nie naruszając zamków w drzwiach. Właścicielka nie doszukała się żadnych zniszczeń, ani ubytków (nie licząc śmierdzącej pościeli), dlatego też intruz będzie mógł odpowiedzieć wyłącznie za naruszenie miru domowego. Za przenikanie przez ściany póki co Kodeks Karny sankcji nie przewiduje.

Autor: Adam Tubilewicz

Udostępnij artykuł na Facebooku

 

Kategoria: Kronika KryminalnaKomentarze są wyłączone

Kronika Kryminalna 064 – Pijany Chińczyk, małpki i Dar Pomorza

Rauschdelikt to konstrukcja prawna, w myśl której w części szczególnej kodeksu karnego tworzy się osobne przestępstwo opijstwa. W związku z tym każde upicie się alkoholem traktowane jest jako naganne, ale sprawca ponosi odpowiedzialność dopiero gdy popełni w tym stanie czyn zabroniony. Główną wadą tej koncepcji jest fakt, że znakomita większość popełnianych w naszym kraju przestępstw podpadałaby pod ten sam artykuł kodeksu karnego. Dzisiejsze wydanie Kroniki wyrabia pod tym względem sto procent normy, gdyż każdy z opisywanych poniżej przypadków wiąże się ze stanem nietrzeźwości.

 

Fot. Chinahearsay.com

Podróż po kryminalnej mapie województwa zaczynamy na ulicy Kopernika w Łodzi. 23 stycznia, tuż po północy, zauważono tam poruszającego się dziwnym torem jazdy mercedesa. Samochód niebezpiecznie przybliżał się raz do jednej, raz do drugiej krawędzi szosy. Przejeżdżający w pobliżu patrol policji postanowił zbadać przyczynę takiego stylu prowadzenia pojazdu. Za kierownicą limuzyny funkcjonariusze zastali kompletnie pijanego Chińczyka. 1,3 promila we krwi to dawka, po której niektórzy rodzimi kierowcy mogliby poprowadzić nawet bolid formuły 1, ale dla Azjatów taka ilość to zdecydowanie kres możliwości. Mimo stanu poczytalności ograniczonej obywatel Chin zdołał wytłumaczyć policjantom, że wypił tylko jedno piwo. Nie ma powodu by mu nie wierzyć, natomiast osobiście sądzę, iż musiał on szybko zapić ostry smak obficie przyprawionego kurczaka w cieście lub co gorsza jakiegoś czworonoga. A, że najbliżej stała akurat butelka sake… Skośnookiego kierowcę z pewnością stać było na upicie się czymś bardziej wykwintnym niż wódka z czerwoną kartką, gdyż po chwili wyciągnął z portfela trzysta złotych, którymi usiłował przekupić policjantów. Funkcjonariusze zabrali jednak nie te, a dużo większe pieniądze, które Chińczyk przewoził w bagażniku. Jedenaście tysięcy złotych zostało zabezpieczone na poczet przyszłych kar. A te mogą być srogie bo prowadzący mercedesa nie posiadał prawa jazdy ani polisy OC. Aby dokładnie wyjaśnić całą sprawę policjanci muszą jednak poprosić o pomoc tłumacza. Ciekawe jak po chińsku brzmi „dziesięć lat pozbawienia wolności”. Na pewno śmiesznie!

Przenosimy się do Sieradza, który od jakiegoś czasu stał się istną wylęgarnią patologicznych przypadków, nie tylko z alkoholem w roli głównej. Wszystko zaczęło się o 8.30, gdy w jednym ze sklepów spożywczych mężczyźnie chcącemu nabyć piwo zabrakło gotówki. Tak naprawdę to w ogóle jej nie miał, co mimo, iż był stałym klientem, nie podziałało usprawiedliwiająco na kasjerkę. Spragniony jegomość zmienił zdanie i zamiast piwa zapragnął wódki. Odepchnął więc sprzedawczynię i dokonał zaboru w celu przywłaszczenia dwóch buteleczek o pojemności 0,2 litra, po czym zbiegł. Powiadomiona o zdarzeniu jednostka patrolowa policji nie zdążyła jednak zapobiec konsumpcji trunków o wartości niecałych osiemnastu złotych. 29-latek wypił zawartość duszkiem, ale nie zdołał dotrzeć do miejsca zamieszkania padając na twarz tuż przed wejściem do klatki schodowej. Przeprowadzona na posterunku kontrola trzeźwości dowiodła, że feralny uciekinier z pewnością nie jest Chińczykiem, gdyż alkomat wskazał 3,5 promila alkoholu we krwi. Policjanci przyjęli kwalifikację prawną z artykułu 281, a więc kradzież rozbójniczą. Z powyższej relacji wynika jednak, że mieliśmy do czynienia z rozbojem, gdyż sprawca użył przemocy w momencie kradzieży, a nie już po niej, w celu utrzymania się w posiadaniu dwóch małpek.

Czasami stróże prawa nie muszą ścigać przestępców po obskurnych zakamarkach miasta, gdyż Ci sami przychodzą na komisariat. Na pewno trochę się przy tym stresują, więc nierzadko przekraczają próg siedziby policji w stanie wyraźnie wskazującym na spożycie czegoś mocniejszego. Tak było 17 stycznia około godziny 13.30, gdy w komendzie przy ulicy Żeromskiego stawił się mężczyzna w związku z pewną kolizją drogową. Podczas przesłuchania nie dało się nie zauważyć dziwnego mamrotania 63-latka, jak i poczuć jego mocno wódczanego oddechu. Szybka kontrola alkomatem nie pozostawiła wątpliwości – dwa promile. Taką samą wartość na urządzeniu odczytano również po przebadaniu małżonki świadka. Na domiar złego okazało się, że kolizja, w sprawie której mężczyzna zeznawał była spowodowana właśnie przez niego, co więcej, również pod wpływem alkoholu. Bohaterowi tej historii odradzamy stawienie się w sądzie w podobnym stanie i lepiej będzie jak przyjedzie on tam komunikacją miejską. Przynajmniej ewentualne spóźnienie będzie usprawiedliwione.

Na koniec zawitamy do Kutna. Miasto to, jako najbardziej wysunięte w kierunku morza w naszym województwie, posiadało wspaniały model żaglowca Dar Pomorza. Należał on do jednej z restauracji w centrum miasta. Czas przeszły jest tu nieprzypadkowy, gdyż było tak aż do 9 stycznia bieżącego roku, kiedy to wart trzysta złotych statek niespodziewanie zniknął. Właściciel szybko połączył fakt kradzieży z dwoma mężczyznami, którzy przebywali w lokalu tego dnia. Niezwłocznie powiadomił policję, która, po krótkim rekonesansie na pobliskim osiedlu, odnalazła sprawców z trudem niosących ciężką zdobycz. Zarówno 43-, jak i 30-latek są dobrze znani w kutnowskim środowisku przestępczym. Obydwaj też solidarnie mieli we krwi po dwa promile alkoholu. Mógłbym w tym miejscu pokusić się o jakiś kiepski żart łączący temat statku i bycia pijanym (Rimbaud?), ale poprzestanę na wskazaniu kary, jaka grozi dwóm „marynarzom”. A będzie to od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności.

Autor: Adam Tubilewicz

Udostępnij artykuł na Facebooku

 

Kategoria: Kronika Kryminalna, Kryminalna ŁódźKomentarze są wyłączone

Kronika Krymialna 063 – Echa sylwestrowej nocy

Obrzęd przechodzenia ze starego roku w nowy wyzwala we mnie z roku na rok coraz mniejsze emocje. Dziecięca fascynacja kolorowymi fajerwerkami powoli, lecz nieubłaganie, ustępuje miejsca zadumie nad kolejnymi dwunastoma miesiącami, które przybliżają nas do końca ziemskiej przygody. Najskuteczniejszym remedium na takie stany jest rzecz jasna alkohol, będący często czynnikiem sprawczym nieprawdopodobnych historii. A jako że w naszym narodzie lubimy się znieczulić procentami nie tylko od święta, to zdarzeń wartych zamieszczenia w Kronice nie brakowało też w ostatnich dniach poprzedzających nadejście 2012 roku.

 

Fot. Nasygnale.pl

Wyrzucanie telewizora przez okno to znany od lat motyw w popkulturze. Gwiazdy rocka podczas całonocnych, narkotycznych orgii ciskały hotelowymi odbiornikami ku uciesze małoletnich groupies. Oczywiście, tylko na początku kariery, gdyż po trzech albumach poprzeczka się podnosi i bywa tak, że kąpieli w basenie zażywa wytworny Rolls-royce. W Polsce, gdzie przez lata telewizor był dobrem luksusowym, podobne zabawy stały się możliwe dopiero w latach 90. Warto tu przywołać słynny rzut Marka Jóźwiaka, który na zimowym zgrupowaniu Legii Warszawa chciał trafić w Krzysztofa Ratajczyka. Niestety, tamten nie zorientował się w porę i maszynę trzeba było odkupić. Do najlepszych tradycji celebrytów nawiązano podczas jednej z sylwestrowych imprez w Zduńskiej Woli. Uwagę powracających z bali i dyskotek przechodniów przykuło renault laguna z wgniecionym w przednią szybę 14-calowym telewizorem. Przybyli na miejsce policjanci przyjęli słuszne założenie, że nie znalazł się on tam o własnych siłach. Wszelkie znaki wskazywały, iż coś wspólnego z tą sprawą ma impreza odbywająca się na trzecim piętrze pobliskiego bloku. Nad miastem wschodził świt, w związku z czym, gdy do mieszkania wkroczyli funkcjonariusze, było już po zabawie. Na miejscu zastali 21-letniego właściciela lokalu oraz jego 23-letniego kolegę, który bez większych oporów przyznał się do feralnego rzutu. Za uszkodzenia samochodu wycenione na tysiąc złotych grozi mu od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Kłopoty spotkały też drugiego delikwenta, który, jak się okazało, zapomniał stawić się w areszcie w celu poddania się karze 50 dni odsiadki. Tak po ludzku szkoda chłopaków, ale z pewnością za kratkami docenią luksus, jakim jest posiadanie odbiornika telewizyjnego.

Nieco inną sylwestrową przygodę przeżył pewien mieszkaniec Koluszek. Ostatniego dnia 2011 roku wybrał się bowiem na piwo do jednego z pubów. Niestety, fundusze 35-latka nie pozwalały na zakup nawet minimalnej ilości alkoholu, a sprzedawca zdecydowanie odmówił uregulowania długu w przyszłości. Jednak ochota na złocisty trunek wzięła górę i mężczyzna zjawił się przed lokalem kilka godzin później. Fakt, iż bar był zamknięty na cztery spusty stracił na znaczeniu w chwili, gdy nasz bohater zrobił użytek z przyniesionego ze sobą łomu. Jako że sforsowanie masywnej okiennicy, jak i wybicie szyby wymagało użycia sporej siły, Koluszkowianin postanowił na odchodnym zaopatrzyć się dodatkowo w chipsy, kilka paczek papierosów, gumę do żucia i czekoladę. Celem włamania było jednak upragnione piwo. Gdy po ściankach butelki spływały już ostatnie krople, do baru wkroczyli policjanci. Na swoje nieszczęście sprawca postanowił zwędzić również pozostawiony na kontuarze telefon komórkowy. Wartość towarów będących przedmiotem kradzieży przekroczyła zatem zdecydowanie magiczną granicę 250 zł. A jako że w grę wchodziło również włamanie, ustawowy wymiar kary wynosić będzie w tym przypadku od roku do lat dziesięciu.

Artykuł 279 Kodeksu Karnego będzie się również śnił po nocach dwóm mężczyznom, którzy 2 stycznia buszowali po radomszczańskich piwnicach. Zauważeni przez jednego z lokatorów intruzi zdążyli przed zatrzymaniem splądrować trzy komórki. 25-latek wraz ze swoim dziesięć lat młodszym kompanem gustowali przede wszystkim w artykułach gospodarstwa domowego. W ostatniej piwnicy skusiły ich jednak ogórki konserwowe i to właśnie zbyt długa konsumpcja tego przetworu przyniosła zgubę włamywaczom. Obydwaj przyznali się do winy, jednakże starszy ze złodziei działał w warunkach recydywy, tak więc teoretycznie może otrzymać karę wyższą niż maksymalnie przewidziane w kodeksie dziesięć lat pozbawienia wolności. Z kolei młodszy adept złodziejskiej sztuki został przekazany rodzicom, a o jego losie zadecyduje sąd rodzinny.

O ile dwóch złodziei ogórków zasługiwałoby co najwyżej na wzmiankę w Teleexpressie, to poniższa historia pewnego mężczyzny mogłaby stanowić scenariusz polskiego remake’u „Kac Vegas”. Wszystko zaczęło się w jednym ze zduńskowolskich solariów. Uwagę pracującej tam kobiety przykuł fakt, iż zażywający kąpieli słonecznej klient zdecydowanie zbyt długo siedzi w kabinie. Okazało się, że łóżko do opalania było na tyle wygodne, że 47-latek nie zdążył nawet zdjąć spodni i butów, gdy zmorzył go sen. Tajemnicę półnagiego amatora brązowej cery wyjaśniała częściowo bijąca od niego intensywna woń alkoholu. Przybyli na miejsce policjanci nie zdołali nawiązać jakiegokolwiek kontaktu z mężczyzną, dlatego też zapakowali go do karetki, która zabrała go do szpitala na obserwację. Po dwóch godzinach nasz bohater najwyraźniej odzyskał siły, gdyż personel placówki zmuszony był poprosić stróżów prawa o interwencję. Resztę wieczoru spędził on już w policyjnym areszcie, gdzie mógł spokojnie poczekać aż poziom alkoholu we krwi opadnie z ponad czterech promili do rozsądnego poziomu. Kac na pewno będzie srogi. Niestety, gdzieś po drodze zgubiło się Vegas.

Autor: Adam Tubilewicz

Udostępnij artykuł na Facebooku

 

Kategoria: Kronika KryminalnaKomentarze są wyłączone

Kronika Kryminalna 062 – Niektórzy chcą tylko patrzeć jak świat płonie

Motyw działania sprawcy jest niezwykle istotną okolicznością spośród wielu, które badają prowadzący sprawę policjanci. Oczywiście, nie mniej ważne jest odwzorowanie chronologii zdarzeń, ustalenie sprawców i zabezpieczenie dowodów. Jednak poznanie motywacji osoby popełniającej przestępstwo pozwala nam na chwilę odejść od sztywnych paragrafów i zobaczyć w danym stanie faktycznym człowieka. Czasem jest on chciwy i bezwzględny, czasem działa w gniewie, czasami też bywa zagubiony i dopiero w chwili popełniania czynu zabronionego uświadamia sobie jego wagę. Niekiedy jednak sprawcy obce są tego rodzaju dylematy. Jak mawiał Alfred Pennyworth: „Niektórzy ludzie nie potrzebują żadnej logiki ani pieniędzy. Nie można ich kupić, torturować ani negocjować z nimi. Niektórzy chcą tylko patrzeć, jak świat płonie”.

Fot. Strangecosmos.com

Zdecydowana większość przestępstw, o których dowiaduję się szukając materiału do kolejnej Kroniki, wyczerpuje się w kilku paragrafach. Rozboje, kradzieże sklepowe, zdarzenia drogowe czy uszkodzenia mienia to chleb powszedni stróżów prawa, nie tylko w województwie łódzkim. Czasem trafia się jednak prawdziwy rodzynek, przestępstwo, w którym zarówno sprawca, jak i motywy jego postępowania, są wyjątkowe. Na takie miano bez wątpienia zasługuje historia 61-letniej kobiety, którą zatrzymano 19 grudnia w jednym z pensjonatów w Łebie. Było to efektem wielomiesięcznych starań skierniewickich funkcjonariuszy z Wydziału Kryminalnego. Dama, o której tu mowa, podawała się za niemieckiego profesora nauk ścisłych, (w rzeczywistości posiadała wykształcenie pedagogiczne) działającego w Polsce na zlecenie międzynarodowych przedsiębiorstw. Powołując się na szerokie kontakty za zachodnią granicą, oferowała przygodnie poznanym biznesmenom niezwykłe możliwości pomnożenia gotówki w tamtejszych bankach. Swoich kontrahentów 61-latka poznawała najczęściej w luksusowych hotelach na Pomorzu, gdzie dopinano też szczegóły transakcji. Aby uwiarygodnić się w oczach zamożnych przedsiębiorców kobieta przekazywała im egzemplarze swoich książek. W rzeczywistości były to prace autorstwa autentycznej niemieckiej uczonej o takim samym imieniu i nazwisku. Osobista dedykacja od poważnego naukowca z RFN okazywała się niezwykle skuteczna. Od marca 2009 roku fałszywa pani profesor otrzymała łącznie 1,6 miliona złotych. Dzięki naiwności polskich inwestorów nasza bohaterka wygrzewała się na plażach Australii, Hiszpanii, Grecji i Kuby. Po wielomiesięcznym śledztwie udało się w końcu, choć nie bez problemów, odnaleźć kobietę i umieścić ją w tymczasowym areszcie. Grozi jej nawet do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Opalania się przez więzienne kraty raczej nie można porównać do błogiego smażenia się na Bondi Beach. Na pocieszenie naszej oszustki dodajmy jednak, że pająki występujące w polskich więzieniach są zdecydowanie mniejsze od tych, które znają dobrze mieszkańcy Antypodów.

Z dalekich mórz i gorących piasków powracamy do szarej, krajowej rzeczywistości. 2 grudnia na jednym ze skrzyżowań w Radomsku doszło do sprzeczki pomiędzy pasażerami BMW a osobami siedzącymi w poprzedzającym je pojeździe. Wszystko zaczęło się na imprezie, na której bawili się jedni i drudzy. W pewnym momencie gorączkę piątkowej nocy zepsuła dyskusja o piłce nożnej. Nie wiadomo, niestety, za jakimi klubami byli awanturnicy, ale różnica zdań okazała się nie do pogodzenia i obydwie ekipy opuściły lokal. Na drodze do Radomska nie obyło się bez robienia głupich min przez szybę i wzajemnego pokazywania sobie najpopularniejszego wśród kierowców palca. Powyższe zniewagi wyjątkowo ubodły kierowcę jednego z samochodów, który, w odwecie za „terefere”, ostro potraktował BMW prześladowców za pomocą kija bejsbolowego. Co prawda, kierujący niemieckim bolidem 21-latek wskazywał, iż wyprostowania karoserii jego auta dokonało kilku mężczyzn, jednak odnaleziony przez policję sprawca wziął winę na siebie. Dobrowolnie poddał się karze trzech miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, a także został zobligowany do naprawienia szkody i zapłacenia grzywny. Aż dziw bierze, że dyskusje o siatkówce czy skokach narciarskich nigdy nie kończą się w tak brutalny sposób.

W Zduńskiej Woli nawet złodzieje mają sumienie! Taki nagłówek mógłby znaleźć się w lokalnej prasie lub folderze reklamowym. Nie wiem czy prezydent Niedźwiecki zdecydowałby się na promowanie miasta za pomocą przestępcy, ale historia, jaka rozegrała się 15 grudnia przy ulicy Getta Żydowskiego z pewnością zasługuje na rozgłos. Tuż przed 19:00 policjanci otrzymali anonimowe zawiadomienie o włamaniu. Pod wskazanym adresem odnaleziono pijanego 55-letniego mężczyznę, który wynosił z budynku worki z cementem. Gdyby odpuścił sobie ten łup, najpewniej zdołałby zbiec z miejsca zdarzenia przed przyjazdem mundurowych. Na trawie leżały bowiem spakowane i przygotowane do przeniesienia przyrządy murarskie i drabina. Jednak w dalszym ciągu coś się nie zgadzało. W telefonicznym zgłoszeniu mowa była o dwóch sprawcach. Po wytrzeźwieniu, schwytany na gorącym uczynku złodziej wyjawił, że miał wspólnika. Ten z kolei pomagał przy wynoszeniu sprzętów z firmy, w której sam pracował. Gdy jego starszy kompan zaproponował także zabranie cementu, 25-latek zdecydowanie zaoponował i oddalił się wykręcając z pobliskiego automatu numer 999. To niejednoznaczne zachowanie nie wpłynęło jednak na kwalifikację prawną czynu, gdyż obydwóm włamywaczom grozi do dziesięciu lat pozbawienia wolności. A zatem wszystko w rękach sędziego.

Na koniec trafiamy do Szczercowa, gdzie 1 grudnia sporo roboty miała straż pożarna. W późnych godzinach wieczornych z niewyjaśnionych przyczyn zapaliła się stodoła przy ulicy Kącik. Służbom ratowniczym nie udało się, niestety, uratować nic z wartego 17 tysięcy złotych budynku. Po oględzinach pogorzeliska okazało się, iż mieliśmy do czynienia z podpaleniem. Policjanci podjęli czynności śledcze, które, dokładnie osiem dni po zdarzeniu, doprowadziły do ujęcia sprawcy. Zatrzymany po krótkim rowerowym pościgu 22-letni mieszkaniec powiatu pajęczańskiego bez oporów opowiedział funkcjonariuszom jak podłożył ogień pod stodołę. Oświadczył ponadto, że zwyczajnie lubi to robić, a dodatkową przyjemność sprawia mu widok płonącego budynku oraz patrzenie na akcję bezskutecznie próbujących go gasić strażaków. Przyznanie się do winy zostało przypieczętowane przez znalezienie w domu chłopaka śruby pochodzącej z bramy wjazdowej na posesję, gdzie znajdowała się feralna stodoła. Na wniosek prokuratury podpalacz został objęty dozorem policyjnym. Śledczy ustalają czy zdarzenie z 1 grudnia było odosobnionym przypadkiem, czy też młody piroman ma na swoim koncie jakieś wcześniejsze popisy.

Autor: Adam Tubilewicz

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Kronika Kryminalna, Kryminalna ŁódźKomentarze są wyłączone

Kronika Kryminalna 061 – Ci wspaniali mężczyźni w swych szalejących maszynach

Gdyby połączyć wszystkie przypadki opisywane w dzisiejszym wydaniu Kroniki otrzymalibyśmy historię samotnego jeźdźca, który, wyciągnięty z samochodu i brutalnie pobity, dokonuje zuchwałej kradzieży chusteczek, po czym, zmorzony głodem, udaje się na pizzę. Miłej lektury!

 

Fot. Themustangsource.com

Na elektronicznym japońskim zegarze dochodziła północ. Mężczyzna podniósł się z szezlonga i nałożył na stopy grube, białe skarpety z logiem popularnej firmy sportowej. Wstał i otrzepał z resztek paprykowych chipsów swoje spodnie dresowe ozdobione po bokach czerwonymi paskami. Nerwowym ruchem odkopnął puszki po piwie i kierując się do drzwi szybkim ruchem ręki zgarnął z komody kluczyki. Stojąc na schodach spojrzał na błyszczącą w świetle księżyca maskę swojego dzisiejszego zakupu. Seat Ibiza nie był szczytem marzeń 18-latka, na półce nad łóżkiem królowały raczej Ferrari Testarossa i Viper, ale jako pierwsze cztery kółka wydawał się rozsądnym wyborem. W brzuchu mężczyzny zawirowało. Uczucie podniecenia przed pierwszą samotną jazdą nowym autem mieszało się ze wspomnieniem wypitych przed chwilą sześciu niedrogich piw. Mężczyzna otworzył drzwi i z głośnym westchnieniem opadł na fotel. Po przekręceniu kluczyka deska rozdzielcza rozbłysła na niebiesko. Z głośników wzmocnionych potężną tubą płynęły pierwsze linie basu „Nightcall” Kavinsky’ego. Seat wyjechał na pustą szosę w kierunku Borowej i bez problemu osiągnął prędkość 130 kilometrów na godzinę. Mężczyzna przymknął oczy. W oddali zamajaczyły światła Koluszek. Zatrzymał samochód. Ktoś nadjeżdżał z tyłu. Gaz do dechy. Nowe opony zapiszczały o mokry asfalt, a w miarę przesuwania się w prawo wskazówki prędkościomierza światła auta z tyłu stawały się coraz mniejsze. Po chwili jednak niebieskie i czerwone lampy błyskowe rozświetliły wyłożone welurową tapicerką wnętrze seata. Kierowca gwałtownie skręcił kierownicę i sobie tylko znanym sposobem trafił we wjazd na polną drogę. Błysk świateł i huk syreny nie ustawał. Nagle coś łupnęło i mężczyzna zobaczył jak na przedniej szybie Seata czarna linia horyzontu ustępuje miejsca bezgwiezdnemu niebu. Uderzenie w ziemię otrzeźwiło ciało i umysł 18-latka, który, wyczołgawszy się przez przednią szybę, zaczął biec. Dziś niewiele już z tego pamięta. Nie wie jak gnając na oślep przez pola zdołał dotrzeć do domu. Nie pamięta, że po wejściu do pokoju zdążył tylko zdjąć buty.

Gdy się obudził, zobaczył nad sobą dwie rozmazane twarze. Po dłuższej chwili ich kontury stały się wyraźniejsze ujawniając oblicza dwóch policjantów. Potem wszystko poszło już jak z płatka: przyznanie się do winy, ustalona sądowa rozprawa za taki sam wybryk z przeszłości, 1,5 promila we krwi, do dwóch lat pozbawienia wolności. Te słowa huczały w głowie mężczyzny i stawały się nie do zniesienia. Położył się z powrotem na łóżku. Spojrzał w kierunku japońskiego zegarka, ale w miejscu gdzie zawsze stał była pustka. Roztrzaskany leżał za łóżkiem obok plastikowego resoraka Ferrari Testarossa.

Sobotni wieczór układał się dla młodego mieszkańca Kamieńska nadzwyczaj dobrze. Po stronie sukcesów mógł zapisać uzyskanie pozwolenia rodziców na pożyczenie samochodu oraz zapoznanie miłej dziewczyny podczas zabawy w klubie. Do absolutu 18-latek zbliżał się jednak, gdy namówił towarzyszkę zabawy na wyjście do pozostawionego przed klubem auta. Niestety, nie dla wszystkich imprezowiczów łowy okazały się tak udane. Tuż po rozpoczęciu miłej pogawędki na wygodnych fotelach, w szybę zapukał jeden z kolegów głównego bohatera żądając natychmiastowego powrotu do domu. Warto dodać w tym miejscu, że nasz 18-latek wspaniałomyślnie zabrał na zabawę swoich najlepszych kumpli. Ci jednak nie odpłacili się pięknym za nadobne demolując nie tylko pojazd, ale i facjatę kierowcy, który z oczywistych powodów nie chciał jeszcze opuszczać dyskotekowego parkingu. Napastnicy, których personalia szybko ustalono, odpowiedzą za uszkodzenie mienia, a najbardziej krewki z nich dodatkowo za uszkodzenie ciała. A kto odpowie za złamanie serca dziewczyny, która musiała na to wszystko patrzeć?

3 grudnia około godziny 20.30 do sklepu spożywczego na jednym z osiedli w Głownie wszedł mężczyzna. Z pozoru zwyczajny klient szybko zaczął wyróżniać się spośród pozostałych, gdyż zamierzał opuścić sklep z kilkoma rzeczami, za które nie zapłacił. Próba zatrzymania złodzieja przy wyjściu zakończyła się porażką, a w szczególności siniakiem na twarzy ekspedienta. Na szczęście obywatelska postawa w narodzie nie ginie i już po chwili mężczyzna został ujęty przez trzech świadków jego ucieczki. Po przeszukaniu przez policjantów okazało się, że sprawca zabrał coś dla siebie z każdego działu marketu. Z części chemicznej wziął paczkę zwilżonych chusteczek higienicznych i odświeżacz powietrza. Ze spożywczej półki zgarnął butelkę soku malinowego, a z kącika prasowego książkę. 35-letni głownianin usłyszał zarzut kradzieży rozbójniczej. Zanim sąd orzeknie karę pozbawienia wolności (od roku do lat dziesięciu), prokurator już zdecydował, że do dnia procesu sprawca będzie objęty dozorem.

Nie kleptomania a głód był główną przyczyną zdarzeń z 26 listopada, jakie rozegrały się w Zgierzu przy ulicy Staffa. Krótko po północy do znajdującej się tam pizzerii wtargnął nietrzeźwy mężczyzna i zażądał wydania mu dużej margherity. Okazało się to niemożliwe, gdyż w lokalu odbywała się akurat zamknięta impreza. Wściekły 31-latek postanowił zaprezentować zgromadzonym gościom jak bardzo jest głodny i gołą ręką wybił szybę w drzwiach lokalu. Ten pokaz siły skłonił niechętną do tej pory obsługę lokalu do zaproszenia twardziela do środka. Po przyjeździe policji okazało się skąd w niepozornym człowieku wzięła się ta nadludzka siła. Wszak mając dwa promile alkoholu we krwi niejeden już uwierzył, że może dokonać niemożliwego. Ustawowa kara za uszkodzenie mienia wynosi od trzech miesięcy do pięciu lat. Niestety, jeśli chodzi o potrawy związane z Italią to w więzieniu zamiast pizzy można uświadczyć co najwyżej włocha w zupie.

Autor: Adam Tubilewicz

 

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Kronika KryminalnaKomentarze są wyłączone

Kronika Kryminalna 060 – O dwóch takich…

Zgrany duet to klucz do sukcesu w wielu dziedzinach. Para nieustraszonych policjantów zawsze będzie atrakcyjniejsza dla masowego widza niż samotny i znerwicowany śledczy. Sukces teleturnieju „Duety do mety”, czy utworu Budki Suflera, w którym do tanga trzeba dwojga, również nie wzięły się z niczego. Dlatego też bohaterami sześćdziesiątego odcinka Kroniki Kryminalnej będą, mniej lub bardziej sympatyczne, przestępcze duety. Moim osobistym faworytem jest trzeci spośród czterech tu opisywanych, ale wszystkie mają swój niezaprzeczalny urok.

 

Fot. Komenda Wojewódzka Policji w Łodzi

Piotrków Trybunalski. To tu 23 listopada późnym popołudniem doszło do niecodziennej kradzieży w jednym z centrów handlowych. Dzięki czujności kierownika apteki udało się udaremnić próbę wyniesienia ze sklepu kosmetyków o wartości 130 złotych. Przeszukanie podejrzanych, mężczyzny i kobiety, ujawniło dużo ciekawsze fanty, z jakimi zamierzali oni opuścić galerię. Pod kurtką 28-letniego piotrkowianina znaleziono bowiem dwie butelki wódki oraz…keczup. Z kolei jego 23-letnia towarzyszka schowała w odzieży wierzchniej kilka opakowań różnych serów. Można domyślać się, że młodzi zamierzali zrobić sobie romantyczną kolację we dwoje, a następnie zmyć z siebie winę za kradzież żelami pod prysznic z apteki. Policjanci szybko ustalili, że artykuły spożywcze o łącznej wartości 150 zł skradziono z supermarketu znajdującego się w obrębie tego samego budynku. Na dodatek, po przewiezieniu na komendę okazało się, że złodziejski duet działał pod wpływem alkoholu. Kobieta miała we krwi jeden promil, podczas gdy jej partner aż 2,5. Oboje zostali osadzeni w areszcie do czasu wyjaśnienia sprawy. Policjanci badają czy ta piotrkowska wersja Bonnie i Clyde mogła dokonać innych tego typu przestępstw w przeszłości.

Dużo bardziej spektakularny przebieg miały przedpołudniowe wydarzenia z 12 listopada w gminie Radomsko. Tym razem sprawcami okazali się dwaj chłopcy w wieku 17 i 19 lat. Na cel obrali sobie niewielki sklepik położony kilka kilometrów od ich rodzinnej miejscowości. W leniwe sobotnie przedpołudnie wsiedli na rower i pojechali. Plan był prosty, choć zupełnie inny niż w przypadku klasycznego napadu. Chłopaki uznali, że najlepszym sposobem na uniknięcie wpadki podczas pakowania pieniędzy przez trzęsącego się ekspedienta będzie zabranie całej kasy fiskalnej. Rzeczywiście, w tym punkcie planu poszło jak po maśle i dzięki nieuwadze sklepowego już po chwili dwóch nastolatków kurczowo trzymając łup pędziło na złamanie karku w kierunku pobliskiego lasu. Jako że młodym napastnikom obca była maestria przedwojennych kasiarzy, którzy, sobie tylko znanym sposobem, opróżniali najbezpieczniejsze szwajcarskie sejfy tak, że nikt się nie zorientował, postanowili oni rozwiązać sprawę w prosty, lecz do bólu skuteczny sposób. Po ukryciu się w gęstwinie jeden z rabusiów po prostu…rozłupał kasę na pół za pomocą siekiery. Jakież było ich zdziwienie, gdy okazało się, że w środku było zupełnie pusto. Niepocieszeni chłopcy wsiedli więc na rower i powoli ruszyli w powrotną drogę do domu. Po chwili drogę zagrodził im patrolujący okolicę radiowóz, w związku z czym nie musieli już oni kontynuować niewygodnej jazdy na jednym bicyklu. Po przesłuchaniu i odczytaniu zarzutów, dwaj mieszkańcy gminy Kruszyna dobrowolnie poddali się karze ośmiu lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz karze grzywny. Będą musieli również zwrócić równowartość brutalnie potraktowanej przez nich kasy fiskalnej.

Pozostajemy w powiecie radomszczańskim, gdzie młodzi mężczyźni mają wyjątkowo bogatą wyobraźnię. 24-letniemu mieszkańcowi gminy Masłowice nie w głowie już jednak ganianie po lesie z siekierą. W tym wieku przychodzi czas na pewne życiowe refleksje i realizację planów na przyszłość. Dlatego też nasz bohater zapragnął nawiązania bliższej znajomości z pewną młodą koleżanką, którą zabrał na niezobowiązującą przejażdżkę swoim volkswagenem golfem. Rozmowa kleiła się całkiem nieźle, a samochodowe głośniki wzmocnione potężną tubą w bagażniku wygrywały romantyczną piosenkę o tym, że należy cieszyć się z małych rzeczy. Ot, sielanka. Ten błogostan został jednak niespodziewanie przerwany przez funkcjonariuszy drogówki, którzy w miejscowości Lipowczyce dokonywali rutynowej kontroli pojazdów. Okazało się bowiem, iż sympatyczny chłopak nie jest wcale tak dobrą partią jak to się mogło siedzącej na fotelu pasażera koleżance wydawać. 24-latek nie dysponował prawem jazdy, aktualnymi badaniami technicznymi pojazdu, ani opłaconym ubezpieczeniem. Co gorsza, alkomat okazał się dla niego bezlitosny i wskazał 2,6 promila. Nie wiadomo czy te fakty zmieniły nastawienie dziewczyny do kierującego w stanie nietrzeźwości kolegi. Pogłębianiu znajomości na pewno nie będzie sprzyjała kara do dwóch lat pozbawienia wolności, zakaz prowadzenia pojazdów oraz grzywna.

Przyrząd do pomiaru zawartości alkoholu w wydychanym powietrzu nie okazał się sprzymierzeńcem nie tylko dla amanta spod Radomska, ale także dla jego rówieśnika z Tomaszowa Mazowieckiego. 14 listopada w godzinach rannych podwiózł on swojego kolegę do Komisariatu w Czerniewicach. 26-letni mieszkaniec gminy Inowłódz został wezwany w celu przedstawienia mu zarzutów związanych z jazdą pod wpływem alkoholu. Uwagę jednego z mundurowych przykuło jednak podejrzane zachowanie siedzącego w samochodzie drugiego mężczyzny. Okazało się, że kierowca fiata jest tak pijany, że nie może ustać na nogach. Nic więc dziwnego, że przyjechał samochodem. Na dodatek był tak uczynny, że podwiózł kolegę, który utracił uprawnienia do kierowania pojazdami. Podobnie może być i w jego przypadku, gdyż trzy promile to poważna przesłanka dla sądu, który może też orzec karę do dwóch lat pozbawienia wolności. Oby tylko na rozprawę mężczyznę odwoził ktoś trzeźwy.

Autor: Adam Tubilewicz

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Kronika Kryminalna, Kryminalna ŁódźKomentarze są wyłączone

Kronika Kryminalna 059 – Koledzy

Kolegą moim był – odpowiedział Franz Maurer na pytanie komisji weryfikacyjnej o relacje łączące go z zastrzelonym przezeń kapitanem Nowakowskim. Postacie opisywane w niniejszym wydaniu Kroniki nie były aż tak bezwzględne wobec swoich znajomych jak główny bohater „Psów”. Niemniej jednak dobro rzeczonych kolegów na pewno nie znajdowało się na czołowych miejscach ich hierarchii wartości, gdy plan zbrodni doskonałej rozpadał się w drobny mak.

 

Źródło: film.onet.pl

Na początek zaglądamy do Opoczna, gdzie grupa mężczyzn podejrzanych o kradzież czeka w areszcie na decyzję tamtejszego Sądu Rejonowego. 9 października we wczesnych godzinach rannych 28-, 39- i 48-latek wybrali się do lasu niedaleko podopoczyńskiego Adamowa. Pogwizdując pod nosem „Autobiografię”, nie niepokojeni przez nikogo rozpoczęli wycinkę sosen za pomocą piły motorowej. Urządzenie to ma jednak poważną negatywną właściwość, mianowicie jest dosyć głośne. To właśnie niespodziewany warkot dochodzący z lasu obudził o 7.00 rano właściciela jednej z położonych nieopodal posesji. Gdy wyruszył on w celu lokalizacji źródła hałasu, już po chwili natknął się na trzech mężczyzn, którzy, wycinali właśnie dwunaste drzewko z jego działki. Pojawienie się niespodziewanego gościa tak wystraszyło porannych drwali, że nie zdążyli oni nawet uciec w komplecie! Nieszczęśnik, któremu nie udało się w porę wskoczyć do odjeżdżającego z piskiem opon renault mastera, został natychmiast ujęty przez właściciela wyciętego drzewostanu. Powiadomionym o zdarzeniu policjantom bardzo szybko udało się złapać dwóch pozostałych złodziei, którzy będą mieli wystarczająco dużo czasu na wyjaśnienie swojemu koledze, że „tak to w życiu bywa”. To będzie prawdziwa próba dla tej męskiej i szorstkiej, jak się okazało, przyjaźni.

Dokładnie miesiąc później, bo 9 listopada, w powiecie radomszczańskim doszło do równie ciekawego zdarzenia. Funkcjonariusze drogówki otrzymali zgłoszenie o wypadku ciągnika na trasie między Blokiem Dobroszyce a Dobroszycami. Gdy przybyli na miejsce, grupka okolicznych mieszkańców próbowała wyciągnąć traktor z przydrożnego rowu. Problemy zaczęły się, gdy policjanci rozpoczęli ustalanie tożsamości kierowcy zetora. 53-letni właściciel pojazdu wskazał na jednego ze swoich synów. Ten jednak miał żelazne alibi, gdyż zarówno w chwili zdarzenia, jak i podczas wizyty policji przebywał w pracy. Ojciec brnął dalej i tym razem zrzucił winę na drugiego syna. I tutaj jego wersja została szybko obalona. Okazało się bowiem, że chłopak przez cały dzień przebywał poza domem. Mundurowi zdecydowali się więc na zatrzymanie wątpliwego świadka, który w drodze na komisariat przedstawił jeszcze kilka wersji zdarzenia. Można się domyślać, że następne w kolejce były jego żona, babka i stryjeczna siostra. Spójności tych zeznań nie sprzyjał fakt, iż mężczyzna miał 3,2 promila alkoholu w organizmie. Gdy radiowóz dojechał do Radomska zrezygnowany ojciec przyznał, że tak naprawdę to on siedział za kierownicą ciągnika. Oprócz grzywny za składanie fałszywych zeznań, 53-latkowi grozi także kara pozbawienia wolności do lat dwóch oraz zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych. Może też z pewnością liczyć na piękny prezent na gwiazdkę od ukochanych synów.

 

Powracamy do Opoczna. W jeden ze słonecznych listopadowych poranków patrol tamtejszej policji natknął się na grupkę młodzieży gimnazjalnej biwakującej w pobliżu rzeki Wąglanki. Funkcjonariusze postanowili sprawdzić czy młodzi dobrze się bawią, a także czy nie powinni być czasami w szkole. Wszak na zegarku wybijała dopiero 9.00. Odpowiedź na obydwa pytania okazała się twierdząca. Imprezę, jak się okazało urodzinową, młodzi rozpoczęli skoro świt, ponieważ większość z nich znajdowała się już w stanie nie tyle wskazującym na spożycie alkoholu, co zdecydowanie nietrzeźwym. Jeden z chłopców został nawet przewieziony do szpitala. Jednak, wbrew pozorom, to nie przedstawiciele płci męskiej wiedli prym w libacji, gdyż w trzynastoosobowej grupie większość stanowiły dziewczynki. Teraz o ich losach zadecyduje Sąd Rodzinny. A rodzice będą rzecz jasna dowodzić, że ich wspaniałe dzieci to chodzące aniołki i nigdy by czegoś podobnego nie zrobiły.

Na sam koniec przypadek z jednym z najmniej lubianych zawodów w roli głównej. Nie, nie chodzi tu o polityków czy panie z dziekanatu. Wielu z Was z pewnością zna dobrze uczucie strachu, jaki wywołuje pojawienie się tuż przed naszymi oczami kontrolera biletów w komunikacji miejskiej. Włos na głowie zjeżył się również pewnemu mieszkańcowi Pabianic, który 3 listopada w godzinach wieczornych podróżował tramwajem w kierunku centrum swojego miasta. Poproszony przez dwóch rosłych mężczyzn o okazanie ważnego biletu na przejazd, 20-latek szybko zorientował się, że to nie jest najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Migawki, jak łatwo się domyślić, nie posiadał, a służbowa legitymacja kontrolera zwiastowała spore obciążenie dla studenckiego budżetu. Tymczasem, zamiast opuszczenia tramwaju w celu wypisania mandatu, mężczyźni zaproponowali młodemu Pabianiczaninowi łapówkę w wysokości 50 złotych. Ten przystał na korupcyjną propozycję, po czym doszło do „transakcji”. Panowie okazali się tak mili do tego stopnia, że wydali chłopakowi resztę, gdyż dysponował on jedynie stówą. Gdy tramwaj dojechał do centrum, wszyscy trzej zainteresowani wysiedli i rozeszli się w swoją stronę. Uwagę gapowicza zwróciło jednak zachowanie młodej dziewczyny, która, będąc najwyraźniej w dobrej komitywie ze skorumpowanymi kontrolerami, śmiała się do rozpuku z historii z łapówką, którą głośno relacjonował jeden z nich. Jakby tego było mało, cała trójka spokojnie weszła do pobliskiego sklepu spożywczego w celu zrobienia zakupów. 20-latek dobrze widział ten moment i natychmiast zadzwonił na policję. Sprawcy zostali ujęci niemal natychmiast na ulicy Zamkowej, a światło dzienne ujrzały ciekawe fakty. Okazało się, że legitymacja służbowa, którą posługiwał się 33-latek jest autentyczna, gdyż rzeczywiście pracował on w firmie zajmującej się świadczeniem usług kontrolerskich. Jednak po zakończeniu współpracy mężczyzna zatrzymał przy sobie ów dokument. Z kolei drugi z oszustów nigdy nie posiadał uprawnień do kontroli biletów. Odpowiedzialności udało się uniknąć ich 20-letniej towarzyszce, która mimo, że była beneficjentką funduszy zdobytych podczas przestępczego procederu, sama nie brała w nim udziału. Teraz będzie musiała poszukać nowych kolegów z kasą, gdyż jej dotychczasowi kompani mogą spędzić w więzieniu nawet osiem lat. A żeby nieco złagodzić fatalny, nie tylko w kontekście powyższej historii, wizerunek panów i pań sprawdzających nam bilety, polecam gorąco węgierski film „Kontrolerzy” w reżyserii Nimróda Antala, który stawia przedstawicieli tego zawodu w nieco innym świetle (zdjęcie). Co nie zmienia faktu, że komunikacją miejską należy jeździć z ważnym biletem.

 

Autor: Adam Tubilewicz

 

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Kronika Kryminalna, Kryminalna ŁódźKomentarze są wyłączone

Kronika Kryminalna 058 – Dzieci rewolucji

Każdy z nas chciałby być częścią jakiejś rewolucji, zmieniać ustrój lub przynajmniej walczyć „o coś”. Dziś, mimo, iż żadne obce mocarstwo raczej nam nie zagraża, powodów do buntu na pewno nie brakuje. Niektórzy manifestują jednak swoją antysystemowość w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że chodzi im wyłącznie o dokonanie aktu wandalizmu wobec własności prywatnej. Jakże odmienne od powyższej postawy, reprezentowanej przez bohaterów pierwszych dwóch opisywanych przypadków, jest zachowanie studentów Politechniki Łódzkiej, którzy schwytali groźnego złodzieja na gorącym uczynku. A na sam koniec dowiecie się, że także starsze pokolenie potrafi czasem nieźle się zbuntować.

 

Źródło: tvp.pl

Znamy dobrze ten obrazek z policyjnych seriali. Dwóch stróżów prawa podczas długiego patrolu rozgrzewa się kawą z papierowego kubka rozmawiając o kobietach, dzieciach, wynikach ulubionej drużyny sportowej. Pasjonującą rozmowę przerywa po chwili zgłoszenie z centrali. Mundurowi wycierają usta i ruszają w miasto. Być może tak wyglądała nocna zmiana dla załogi jednego z radiowozów bełchatowskiej policji w nocy z 21 na 22 października. Kilka minut po 21:00 zauważyli oni liczną grupę młodzieży w pobliżu jednego ze skrzyżowań, ot typowa dla sobotnich wieczorów zbiórka w miejskim parku przed wyjściem na dyskotekę. I gdy policyjny samochód opuszczał już tamten rejon, jeden z uczestników zgromadzenia krzyknął w kierunku radiowozu kilka przekleństw. Funkcjonariusze, mimo, iż nie mieli zamiaru sprawdzać zawartości plastikowych kubków trzymanych przez chłopców, nie mogli pozostać bierni na obelgi. Tym razem skończyło się na pouczeniu. Niespełna dwie godziny później w zupełnie innej części miasta ten sam patrol znów natknął się na krnąbrnego 20-latka. Ten w ogóle nie wziął sobie do serca wcześniejszego upomnienia i znów podzielił się z okolicznymi mieszkańcami wyliczeniem części ciała, w które mundurowi mogą go pocałować. Nastolatek nie był równie odważny siedząc na tylnej kanapie radiowozu, jednak jego mózg pracował na wysokich obrotach. Podpowiedział mu mianowicie dość ryzykowne rozwiązanie polegające na wymiganiu się od odpowiedzialności łapówką. Policjanci nie dali się jednak skusić na 30 złotych. W tym momencie proces myślowy 20-latka wyraźnie osłabł, czego skutkiem była próba wyszarpnięcia pistoletu z kabury noszonej przez jednego z funkcjonariuszy. Teraz jego los leży w rękach sądu, który może mu wymierzyć karę do ośmiu lat pozbawienia wolności.

W filmie „Fight Club” Edward Norton i Brad Pitt zaopatrzeni w kije bejsbolowe obijają stojące na ulicy samochody. Jest to akurat jeden z łagodniejszych „wybryków” pary głównych bohaterów, ale właśnie tą scenę miałem przed oczami czytając zapis zdarzenia, które miało miejsce w miniony weekend w Pabianicach. Grupa podchmielonej młodzieży wracając z imprezy postanowiła najwyraźniej zaprotestować przeciwko wpływowi wielkich korporacji na współczesny świat. Uznali, że najlepszym środkiem wyrazu będzie uszkadzanie napotkanych po drodze samochodów. Wezwani przez mieszkańców policjanci szybko schwytali piątkę bojowników, po czym zajęli się szacowaniem zniszczeń. A tych było całkiem sporo bo urwanych lusterek, poobijanych błotników i stłuczonych reflektorów doliczono się łącznie w 15 pojazdach. Młodzi wandale zostaną zatem obciążeni kosztami napraw w wysokości sześciu tysięcy złotych, a ponadto grozi im do pięciu lat pozbawienia wolności. A można było pokojowo dołączyć do kilku grup na facebooku, efekt protestu byłby podobny, ale obyłoby się bez odpowiedzialności karnej.

Teraz z kolei pora na historię, w której młodzi ludzie, zamiast stawać się czynnikiem destrukcyjnym, zostali wręcz lokalnymi bohaterami. Zdarzenie miało miejsce 23 października. Późnym wieczorem, w jednym z akademików przy Alei Politechniki uwagę studentów przykuł tajemniczy jegomość, zupełnie nie pasujący do otoczenia. Ów mężczyzna spacerował po korytarzu z kilkoma wypchanymi po brzegi plecakami. A cóż to za przestępstwo, spytacie? Być może przenosił akurat wysokoprocentowe zaopatrzenie imprezy urodzinowej albo dźwigał składniki potrzebne do wyprodukowania smakowitej cytrynówki. Dlaczego w takim razie zastosował konspirację, zamiast studenckim zwyczajem podzielić się z rówieśnikami? Zmuszony do ujawnienia zawartości toreb 22-latek okazał się złodziejem, który z pozostawionych bez opieki pokojów zabrał mienie o łącznej wartości 2,5 tysiąca złotych. Wielokrotnie karany sprawca postanowił wtopić się w tłum studentów przezornie zwiększając stężenie alkoholu we krwi do dwóch promili. Jednak lokatorzy nie dali się zwieść, dzięki czemu odzyskali swoje laptopy i telefony. Złodziej wpadł przez chciwość, bo gdyby poprzestał na mniejszej ilości łupów, pewnie udałoby mu się bezpiecznie wyjść z akademika i spieniężyć towary. Z powyższej historii wywieść można co najmniej dwa morały. Po pierwsze: pilnujmy naszego dobytku w miejscach takich jak akademiki. Po drugie: zwracajmy uwagę na podchmielonych studentów, którzy wchodzą do pokojów bez uprzedzenia. Prawdziwy dobrze wychowany mieszkaniec akademika zawsze bowiem zapuka zanim wejdzie. Inna sprawa, że czasami jego poimprezowy nastrój sprawia, że robi to przez całą noc…

Inną ciekawą umiejętnością studentów jest fakt, iż w razie potrzeby zawsze znajdą oni pieniądze na kolejną butelkę alkoholu. Ta umiejętność dokonywania niemożliwego zanika jednak wprost proporcjonalnie do czasu upływającego od końca studiów. Dojrzałemu mężczyźnie, który z jakiegoś powodu chce utopić swoje smutki w wódce, przychodzi więc czasem stanąć przed poważnym dylematem. Tego typu rozterkę przeżył 16 października pewien mieszkaniec gminy Masłowice. Przyjąwszy pierwszą dawkę alkoholu zapragnął kolejnej, niestety dla niego, w portfelu pozostały same miedziaki. Trzeba było więc zwrócić się o pomoc do… żony. Kobieta nie uległa jednak urokowi zataczającego się małżonka i pozostała nieugięta. Po chwili na miejsce przyjechał policyjny radiowóz. Co najciekawsze, wezwała go nie zastraszana żona, ale jej 58-letni mąż. Funkcjonariusze również nie dali się przekonać dość bełkotliwym tłumaczeniom gospodarza, który w akcie bezsilności stwierdził, że tak naprawdę nie ma pojęcia po co dzwonił pod 997. Za spowodowanie fałszywego alarmu mężczyźnie grozi areszt, kara ograniczenia wolności lub grzywna. Czy na zapłacenie tej ostatniej też będzie pożyczał od żony?

Autor: Adam Tubilewicz

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Kronika Kryminalna, Kryminalna ŁódźKomentarze są wyłączone

Kronika Kryminalna 057 – Po siódme: nie kradnij

– Powiedz mi – zapytał Staś – co to jest zły uczynek?
– Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy – odpowiedział po krótkim namyśle – to jest zły uczynek.
– Doskonale! – zawołał Staś – a dobry?
Tym razem odpowiedź przyszła bez namysłu:
– Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy.*

Rodzimy przypadek dotyczący kradzieży krów byłby zapewne wart znalezienia się na naszych łamach. Tymczasem z dzisiejszego wydania „Kroniki” dowiecie się m.in. po co kradnie się psy, na co trzeba uważać kupując chleb i czego z pewnością nie należy robić, gdy zwinie się czyjś rower. Zapraszam !

Źródło: wrower.pl

Przez kilka ostatnich odcinków „Kroniki” dziwnym trafem ani razu nie zaglądaliśmy do Pabianic. Aby naprawić ten błąd, na samym początku przyjrzymy się niezwykłym zdarzeniom, do których doszło tam na początku października. A oto, co nastąpiło. W ubiegły poniedziałek 56-letnia kobieta pozostawiła swój używany od lat, sfatygowany rower przed szkołą przy ul. Jana Pawła II. Gdy wyszła z budynku, zobaczyła jak na jej jednośladzie odjeżdża w siną dal nieznany mężczyzna. Pabianiczanka złożyła zawiadomienie o kradzieży i z trudem godząc się z utratą ukochanego środka lokomocji wróciła do domu. Następnego dnia, aby poruszać się po mieście, kobieta musiała skorzystać z pomocy dysponującego samochodem zięcia. Jakież było ich zdziwienie, gdy podczas jazdy ulicą Orlą spostrzegli złodzieja jadącego, jak gdyby nigdy nic, na innym rowerze. Nie zastanawiając się długo, zatrzymali rozpoznanego przez poszkodowaną mężczyznę, po czym przekazali go w ręce policji. 59-latek, który najwidoczniej uległ panującej w pewnych kręgach młodzieży modzie na oldschool’owe jednoślady, nie został jednak oskarżony tylko o kradzież. Okazało się, że w jego krwi krążyły dwa promile alkoholu, a w policyjnych aktach widniał sądowy zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów. Po przeszukaniu mieszkania delikwenta znaleziono oczywiście skradziony dzień wcześniej rower. Był on jednak niewielką częścią pokaźnej kolekcji jednośladów i akcesoriów pochodzących z niewiadomego źródła. Policjanci cały czas badają sprawę szukając właścicieli bicykli, z których większość prawdopodobnie utracono w okolicach Pabianic.

Kradzież roweru to pospolite i niewymagające wielkiego wysiłku przestępstwo. Dużo więcej zachodu wymaga przywłaszczenie sobie zwierzęcia, zwłaszcza takiego, które bardzo przywiązuje się do właściciela. 3 października radomszczańscy policjanci przyjęli zgłoszenie o kradzieży owczarka niemieckiego, którego wartość oszacowano na 1000 zł. Już następnego dnia funkcjonariusze wytypowali podejrzanego. 37-latek podczas przesłuchania spokojnie opowiedział o swoich wielokrotnych wizytach na podwórku pokrzywdzonego, gdzie bawił się z psem zyskując jego zaufanie. Pewnego dnia mężczyzna po prostu zabrał ze sobą obłaskawionego psiaka. Jak się okazało, była to część większego planu 37-latka, który posiadał liczną hodowlę wszelkiej maści czworonogów. Dlatego też z niezwykłą starannością dobierał nowe osobniki, które musiały być dobrze ułożone i nieagresywne. To właśnie charakteryzowało skradzionego owczarka, który został niezwłocznie zwrócony prawowitemu właścicielowi. Nieuczciwy hodowca przyznał się do winy i dobrowolnie poddał się grzywnie, a także karze czterech miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Ciekawe, co na to wszystko główny bohater zamieszania. Mimo, że nie był wierny jak pies swojemu właścicielowi, to nie powinien być traktowany jak pies ogrodnika, tak, aby już nikt nie wieszał na jego właścicielu psów, że psim swędem dał sobie ukraść ulubionego czworonoga.

Wyjątkowo pieskie życie (to już naprawdę ostatni związek frazeologiczny w tym temacie) musiał mieć pewien mieszkaniec Rawy Mazowieckiej. 5 października, około godziny 23, dokonał bowiem rozboju wyrywając przypadkowemu przechodniowi reklamówkę i uderzając go przy okazji w twarz. Łup okazał się niezwykle cenny, gdyż były to chleb i margaryna o łącznej wartości 4,70 zł. Wezwani na miejsce policjanci mieli prawo być zaskoczeni, gdyż poszkodowany trzymał rzekomo skradzioną siatką w ręce. Okazało się, że złodziej porzucił po drodze artykuły spożywcze, a jeden ze świadków zajścia zwrócił je właścicielowi. Po krótkiej przejażdżce okolicznymi ulicami szybko znaleziono rozbójnika, który we krwi miał prawie dwa promile alkoholu. Najprościej byłoby uzasadnić jego postępowanie wyjątkowo pilną koniecznością zdobycia zagrychy. A wystarczyło przecież poprosić przechodnia, aby poczęstował chrupiącą „piętką”. Za wyrywanie cudzych torebek właścicielom bijąc ich jednocześnie po twarzy grozi w naszym kraju do 12 lat więzienia.

Za samo okładanie człowieka pięściami kara jest znacznie niższa (do trzech lat pozbawienia wolności), nawet jeśli osoba, która akurat nam się nawinęła ma status funkcjonariusza publicznego, a w dodatku kierujemy w jej stronę groźby karalne. Przypuszczam jednak, że bohater poniższego przypadku wcale nie zostanie łagodniej potraktowany przez sąd niż opisywany przed chwilą amator chleba z margaryną. Wszyscy, którzy kiedykolwiek podchodzili do egzaminu na prawo jazdy wiedzą, jak wielki jest ładunek emocjonalny związany z jego zdawaniem, zwłaszcza w części praktycznej. Tak też było 7 października na placu manewrowym piotrkowskiego WORD-u. 58-letni egzaminowany, pomimo, iż zapewne nie robił tego po raz pierwszy, wyjątkowo źle czuł się podczas przejeżdżania przez „rękaw”. Niestety, przewrócenie choćby jednego pachołka równoznaczne jest z zakończeniem egzaminu, co piszący te słowa wie aż za dobrze. Zamiast jednak wyjść spokojnie z placu i na nieuczęszczanej drodze poćwiczyć jazdę tyłem, kierujący „elką” postanowił wyładować swoją frustrację na egzaminatorze. Mężczyzna zdążył go już nieźle poturbować zanim na dobre obezwładnili go świadkowie zdarzenia. W najbliższym czasie prawo jazdy nie będzie mu do niczego potrzebne, z pewnością znajdzie się za to czas na wnikliwe przestudiowanie Kodeksu Drogowego.

 

Autor: Adam Tubilewicz

 

* Henryk Sienkiewicz: W pustyni i w puszczy. Katowice: Wydawnictwo Śląsk, s. 324.

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Kronika Kryminalna, Kryminalna ŁódźKomentarze są wyłączone

Kronika Kryminalna 056 – Chłopaki nie płacą

Głównymi bohaterami dzisiejszego wydania kroniki będą zaradni mężczyźni, którzy, najprawdopodobniej zmuszeni przez okrutne żony, zostali wysłani do sklepu. Jednak wyprawa po zakupy do tego stopnia wyczerpała ich cierpliwość, że wkurzeni przedstawiciele męskiego gatunku z wściekłością wrzucali do koszyka potrzebne towary i wychodzili ze sklepu nie płacąc. Opowiemy o dwóch, różniących się nieco skalą, przypadkach takich zachowań. Oprócz tego, w tym numerze przeczytacie o nieletnim Gangu Olsena z Sieradza, a także o oszuście, którego ruszyło sumienie.

Fot.: Komenda Wojewódzka Policji w Łodzi

Robienie zakupów zajmuje czołową pozycję na liście tradycyjnie znienawidzonych przez mężczyzn czynności, tuż obok prasowania, zmywania i wynoszenia śmieci. Dlatego też, gdy na nasze barki spada obowiązek uzupełnienia zawartości domowych szafek, staramy się to zrobić jak najszybciej, by już po chwili móc bezkarnie położyć się na kanapie z butelką piwa oraz pilotem w ręku. W ten schemat bez wątpienia wpisało się dwóch mężczyzn, którzy 22 września około południa weszli do drogerii przy ul. Bohaterów Września w Sieradzu. Lista zakupów z pewnością przygotowana była przez przedstawicielki płci pięknej, gdyż panowie zainteresowali się przede wszystkim kremami i dezodorantami. W niedługim czasie zapełnili kosmetykami przyniesioną ze sobą sporych rozmiarów torbę. Jednak zanim zdołali wybiec ze sklepu z łupami, splunąć i odjechać konno w kierunku zachodzącego słońca, sprawy przybrały niespodziewany obrót. Podczas brawurowej ucieczki pracownikom sklepu udało się schwytać jednego ze sprawców, który natychmiast został przekazany w ręce policji. Drugi z gangsterów został namierzony dzień później. Sieradzcy kowboje pozostali najwyraźniej w XIX wieku, kiedy to nie wszystkie sklepy posiadały monitoring. Sieradz to nie dziki zachód, a sami rabusie utrudnili sobie zadanie, przystępując do niego pod wpływem alkoholu. Zatrzymany na gorącym uczynku 24-latek miał we krwi 2,6 promila. Wraz ze swoim 28-letnim kompanem, który zdążył wytrzeźwieć przed zatrzymaniem, usłyszeli zarzut kradzieży mienia o wartości 466 złotych. Z uwagi na podobne czyny, których mężczyźni dopuszczali się w przeszłości, prokurator wystąpił o zastosowanie wobec nich tymczasowego aresztu. A wszystko przez złe kobiety.

Szybkie zakupy to nie tylko sieradzka specjalność. 14 września, tuż przed północą, grupa kibiców Legii Warszawa jechała autokarem do Holandii na mecz Ligi Europejskiej z PSV Eindhoven. Późna pora wyjazdu zrobiła swoje i niedługo po minięciu rogatek stolicy szalikowcom zaburczało w brzuchach. Postanowili zatem zrobić sobie postój na stacji benzynowej przy autostradzie A2 w okolicach Chrząstowa. Droga do Eindhoven długa, a żołądki czterdziestu chłopa byle paluszkami się nie napełnią. Dlatego też, zaprawieni w stadionowych bojach z służbami porządkowymi, kibice dość sprawnie ogołocili półki z jedzeniem i natychmiast ruszyli w dalszą drogę. Czy zapłacili za swoje zakupy? Zgadnij, drogi czytelniku. Podczas gdy fani warszawskiej drużyny otwierali torebki z nadziewanymi rogalikami i zalewali wrzątkiem spaghetti po neapolitańsku, policjanci z Komendy Powiatowej w Zgierzu odebrali zgłoszenie od pracowników stacji. Bardzo szybko namierzono podejrzany autokar i zmuszono go do zatrzymania się na postoju. Funkcjonariusze przeprowadzili drobiazgową kontrolę pojazdu, a także wylegitymowali wszystkich jego pasażerów, również pod kątem trzeźwości. Policjanci nagrali także twarze podróżujących autokarem, po czym… pozwolili im jechać dalej. Zadowoleni z siebie fani spokojnie dojechali do Holandii, choć jestem niezwykle ciekawy, jak zaspokajali swój głód na terytorium Niemiec. Podczas, gdy warszawscy kibice oglądali mecz, policjanci prowadzili żmudną analizę monitoringu ze stacji benzynowej, analizowali ślady i przesłuchiwali świadków. Dzień po spotkaniu kibice Legii nie byli w najlepszych nastrojach. Ich zespół po słabej grze przegrał z PSV, a autokar ponownie został skontrolowany na polskiej autostradzie. Zatrzymano piątkę pasażerów, zidentyfikowanych dzięki porównaniu zdjęć, zrobionych dwa dni wcześniej z zapisami kamer na stacji paliw. Usłyszeli oni zarzuty dokonania kradzieży w porozumieniu, przy czym wszyscy zdecydowali o dobrowolnym poddaniu się karze pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Decyzją prokuratora zostali oddani pod dozór policyjny, co oznacza, że będą musieli meldować się na posterunku policji dwa razy w tygodniu. Jednocześnie zastosowano wobec nich zakaz stadionowy, uniemożliwiający uczestniczenie przez najbliższe dwa lata we wszystkich meczach Legii i reprezentacji Polski. Sprawa jest rozwojowa. Policjanci zapowiadają, że skrupulatnie rozliczą każdego z uczestników nocnych wydarzeń na stacji paliw pod Zgierzem. Czy i tym razem obrońcy stadionowych chuliganów będą wygłaszać hasła o prowokacji i ograniczaniu wolności obywatelskich?

 

Po wycieczce do Niderlandów powracamy na Ziemię Sieradzką. 23 września doszło tu do nietypowej próby kradzieży. Łupem miał być duży piec centralnego ogrzewania o wartości kilkuset tysięcy złotych. Pewnego dnia właściciel domu, w którym stało urządzenie, zauważył taczkę, która nie wiadomo skąd, pojawiła się na jego posesji. Po dokładnych oględzinach podwórka dostrzegł także ukryty w krzakach rower. Wezwani przez mężczyznę policjanci rozpoczęli wywiad wśród okolicznych mieszkańców. Do taczki nikt się nie przyznał, za to łatwo znaleziono posiadacza roweru. Okazał się nim 15-latek, który dość szybko pękł i przyznał się do włamania. Na dodatek wsypał swojego dwa lata starszego pomocnika. Chłopcy, pomimo najszczerszych chęci i stosowania diety Roberta Burneiki, nie byli w stanie wrzucić na taczkę 400-kilogramowego pieca. Starszy ze sprawców może trafić do więzienia nawet na pięć lat, z kolei młodszym zajmie się Sąd Rodzinny i Nieletnich. Oby ta sprawa była dla nich nauczką, że złodziejskie rzemiosło to zła droga, a jej konsekwencje mogą być bardzo ciężkie. Tak jak ten piec.

Na koniec zajrzymy do Kutna, gdzie zatrzymano pracownika jednego z banków pod zarzutem kradzieży 800 tysięcy złotych. Od jakiegoś czasu policjanci otrzymywali informacje o nieprawidłowościach, do których dochodzi w jednej z kutnowskich placówek bankowych. Podczas zbierania materiału dowodowego, wytypowano pracującego tam 23-latka. Śledczy przyjrzeli się uważniej jego działalności. Okazało się, że zdobywając zaufanie jednego z klientów banku, mężczyzna uzyskał hasło do jego internetowego konta. Bez skrupułów wyczyścił jego zawartość, która wynosiła, bagatela, 360 tysięcy złotych. Jak z rozbrajającą szczerością przyznał zatrzymany, całą sumę przeznaczył na zakłady bukmacherskie. Był jednak równie słabym graczem, jak bankierem i po niedługim czasie pieniądze się skończyły. Tu odezwało się sumienie mężczyzny, który uznał, że musi oddać ukradzioną sumę. A skoro nie ma akurat żadnej kasy pod ręką to najlepiej zdobyć ją w jedyny znany sobie sposób. Zaczął więc opróżniać rachunki swoich klientów i uzbierane 300 tysięcy złotych przelał na wyczyszczone na samym początku konto. Licznik finansowych nadużyć zatrzymał się na 800 tysiącach złotych. W końcowej fazie operacji 23-latek porzucił już wszelkie środki bezpieczeństwa i korzystał z własnego konta oraz z fikcyjnego, założonego na nazwisko swojej znajomej. Obecnie mężczyzna przebywa w areszcie, gdzie spędzi najbliższe dwa miesiące. Docelowo za kratami może przebywać nawet przez najbliższe dziesięć lat, gdyż właśnie tyle wynosi maksymalna kara za oszustwo o znacznej wartości.

Autor: Adam Tubilewicz

Korekta: Magdalena Wójcik

Udostępnij artykuł na Facebooku

Kategoria: Kronika Kryminalna, Kryminalna ŁódźKomentarze są wyłączone

Strona 1 z 612345...Najstarsze »

Miej OKO na imprezy!

Kanały informacji

Archiwum Eldezetu