Archive | Kryminalna Łódź

Kronika Kryminalna 008 — Pod wpływem

Udostępnij artykuł na Facebooku

Z życia kierowców

Czego to nie robi się, aby uniknąć zapłacenia mandatu i utraty prawa jazdy. W niedzielę 9 maja tuż przed 11 w Tomaszowie Mazowieckim na skrzyżowaniu Alei Piłsudskiego z ulicą Grunwaldzką policjant dał sygnał do zatrzymania się kierującemu samochodem osobowym marki Renault Laguna. Funkcjonariusz spostrzegł, iż kierowca najprawdopodobniej jest pijany. Otworzył drzwi pojazdu i nakazał mu wyłączyć silnik, a następnie wysiąść z samochodu. Znajdujący się za kierownicą mężczyzna nie zastosował się jednak do poleceń policjanta i chcąc uniknąć zatrzymania, gwałtownie ruszył do tyłu. Przewiózł tym samym funkcjonariusza na otwartych drzwiach pojazdu i doprowadził do jego upadku na jezdnię. Zawracając, uszkodził dodatkowo zaparkowanego na ulicy opla corsę oraz bramę wjazdową i ogrodzenie pobliskiej posesji. Mężczyzna próbował uciekać jadąc pod prąd ulicą jednokierunkową, lecz już po przejechaniu kilkudziesięciu metrów uderzył w betonowy słup. Tuż po uderzeniu kierowca wraz z pasażerem próbowali kontynuować ucieczkę na pieszo. Przebywający w pobliżu policjanci jednak na to nie pozwolili. Obydwaj zatrzymani byli pod wpływem alkoholu.

Dzień wcześniej na kilkanaście minut przed północą łódzcy funkcjonariusze poszukiwali innego wybitnego kierowcy. Kilka osób zgłosiło policji, iż w okolicy ulicy Przędzalnianej porusza się specyficzny pojazd. Owa specyfika polegała na tym, że uszkodzony, ciągnący za sobą swój zderzak samochód poruszał się wężykiem od jednego krawężnika do drugiego. Świadkowie zdarzenia podążali za pojazdem i na bieżąco informowali o wszystkim policję. W pewnym momencie samochód zatrzymał się, a obserwatorzy postanowili wykorzystać tę sytuację i odebrać kierującemu kluczyki. Moment ich nieuwagi wykorzystał kierowca, który zbiegł z miejsca zdarzenia. Mundurowi, którzy przybyli na miejsce, rozpoczęli poszukiwania uciekiniera. Odnaleźli go… w okolicznej bramie, gdzie spał sobie jak suseł. Obok niego leżały białe rękawiczki, z których korzystał podczas prowadzenia pojazdu. Jak się wówczas okazało, samochód był kradziony, a zatrzymany odpowiadał już wcześniej za szereg innych kradzieży. Teraz grozi mu 10 lat wiezienia.

Alkoholowo

10 maja policjanci odkryli prawdziwą „krainę spirytusem płynącą”, a ściślej rzecz ujmując, urządzili nalot na posesję w gminie Brójce, którą typowano na rozlewnię nielegalnego alkoholu. W godzinach rannych funkcjonariusze weszli do tamtejszych pomieszczeń gospodarczych i przeszukali je. Wewnątrz znaleziono plastikowe pojemniki typu Mauser wypełnione cieczą o silnej woni alkoholu, aparaturę służącą do odkażania i filtrowania spirytusu technicznego oraz potrzebne do procesu technologicznego chemikalia. Kryminalni ustalili, że osoby zajmujące się tym przestępczym procederem uzyskiwały czysty spirytus ze skażonego spirytusu technicznego, poddając go specjalistycznej obróbce chemicznej. Następnie trunek rozlewany był w litrowe plastikowe butelki i wywożony z przeznaczeniem do

Rozlewnia nielegalnego alkoholu. Źródło Komenda Wojewódzka Policji w Łodzi

sprzedaży. Łącznie zabezpieczono ponad 2 tysiące litrów spirytusu! Udało się także zatrzymać 20-letniego łodzianina i 21-letniego mieszkańca Włocławka, którzy byli zamieszani w przestępczy proceder. Podejrzani poruszali się peugeotem boxerem, w którym ujawniono 100 plastikowych butelek z trefnym spirytusem. Ustalono, że mężczyźni alkohol z rozlewni przewozili do Łodzi. Za przestępstwo opisane w artykule 65 paragrafu 1 kodeksu karnego skarbowego grozi im teraz kara grzywny do 720 stawek dziennych albo kara pozbawienia wolności do lat 2 lub obie te kary łącznie.

12 maja około godziny 16:00 anonimowy rozmówca zgłosił policji w Pabianicach, iż pijany mężczyzna kieruje na placu budowy koparko-ładowarką. Policjanci szybko dotarli do nietrzeźwego kierowcy. Pod nieobecność kierownika budowy i uprawnionego do obsługi koparki kierowcy, jeden z pracowników, będący pod wpływem alkoholu, wsiadł do pojazdu i rozwoził  piach po placu. W trakcie interwencji okazało się, że również pozostałych 5 budowlańców, a więc tak naprawdę cała ekipa pracowników, jest pijana. Przybyły na plac budowy kierownik był bardzo zaskoczony całą sytuacją i zadecydował o przerwaniu prac i odwiezieniu pijanych pracowników do domu. I jak tu się potem dziwić, że współczesna architektura jest tak nietrwała…

Dwie godziny później dyżurny poddębickiej komendy otrzymał zgłoszenie od jednego z mieszkańców powiatu dotyczące tego, że na teren jego posesji wtargnął młody mężczyzna i nie chce jej opuścić. Po przybyciu patrolu na miejsce, okazało się, że 26-letni mieszkaniec powiatu wystawił z zawiasów furtkę z ogrodzenia, po czym wszedł na teren posesji wbrew woli właściciela. Co więcej po pewnym czasie  przeszedł na teren drugiej posiadłości, gdzie szarpał za odzież właściciela, a następnie wsiadł bez jego zgody do ciągnika rolniczego marki Ursus i jeździł nim po posesji. Mężczyzna zachowywał się agresywnie i ignorował polecenia funkcjonariuszy, którzy w końcu postanowili zatrzymać go siłą. Intruz miał ponad 2 promile alkoholu we krwi. Za naruszenie miru domowego grozi mu kara do roku pozbawienia wolności. Dotychczas nie udało się wyjaśnić motywów jego działania.

Wieści ze Zduńskiej Woli

Drugi tydzień maja zapewnił wiele atrakcji funkcjonariuszom komendy policji w Zduńskiej Woli. Najpierw oficer dyżurny otrzymał zgłoszenie o tym, że przez miejscowość Izabelów przejechał samochód marki Opel z włączonymi sygnałami świetlnymi koloru niebieskiego. Patrol ruchu drogowego udał się na poszukiwania „uprzywilejowanego” pojazdu i odnalazł go przy jednej ze szkół na terenie gminy. Właścicielem samochodu był 19-letni mieszkaniec gminy Warta. Podczas przesłuchania wyjaśnił, że lampę błyskową kupił na bazarze. Dlaczego jej użył? Tłumaczył, że… bardzo spieszył się do szkoły. Za ten pociąg do nauki grozi mu teraz kara aresztu oraz grzywny w kwocie do 5 tysięcy złotych.

W innej ze szkół w Zduńskiej Woli doszło do kradzieży roweru o wartości 1200 złotych. 14-letni chłopiec pojechał jak co dzień do szkoły rowerem i pozostawił go w stojaku przy placówce. Gdy po zajęciach wyszedł ze szkoły, jednośladu już nie było. Sprawą zajęła się policja. Poszukiwania przerwano po tym, jak mama poszkodowanego poinformowała służby, iż sprawca kradzieży zwrócił pojazd. Okazał się nim inny uczeń szkoły, 15-letni zduńskowolanin. Na pytanie o powód swojego postępowania odpowiedział, iż po prostu chciał sobie trochę pojeździć. Sprawą zajmie się Sąd Rodzinny.

Po tych dwóch raczej błahych sprawach policjanci otrzymali dużo bardziej niepokojące zgłoszenie. Na telefon alarmowy zadzwonił mężczyzna, który groził, iż „podpali kościół w Korczewie i wysadzi go granatami”. Sprawa wydawała się poważna, więc w rejon kościoła natychmiast zostały wysłane patrole policji. Kościół był jednak w stanie nienaruszonym, a w jego pobliżu nie zastano nikogo. Po kilkunastu minutach ustalono, że potencjalny sprawca dzwonił z miejscowości Tymienice. Gdy mundurowi dojechali pod ustalony adres, mężczyzna przebywał na terenie posesji i bynajmniej nie był zaskoczony wizytą funkcjonariuszy. Od razu przyznał się do wprowadzenia w błąd policji, jednak nie potrafił wytłumaczyć swojego postępowania. Być może po raz kolejny zawinił alkohol. Zatrzymany miał w organizmie prawie dwa promile.

Szymon Cieśliński

Kategoria: Kronika KryminalnaComments (0)

Zabezpieczony: Kronika Kryminalna 007 – Piłka warta 15 lat wolności?

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Kategoria: Kronika KryminalnaWprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Przeklęty wiadukt

Udostępnij artykuł na Facebooku

Zastanawialiście się  kiedyś, w jaki sposób rodzą  się miejskie legendy? Odpowiedź  jest bardzo prosta. Wystarczy, że znajdzie się  ktoś, kto wymyśli ciekawą historyjkę, i kilka osób, które będą gotowe w nią uwierzyć.


 

Schemat ten powtarza się od wieków na całym świecie. Panikarze, zwolennicy teorii spiskowych lub po prostu ludzie o bogatej wyobraźni puszczają w obieg jedną, niewinną plotkę. Taka pozornie prawdopodobna wiadomość przekazywana jest z ust do ust. Przechodząc przez kolejne ogniwa swojego łańcucha pokarmowego, odżywia się wyobraźnią i dziurami w pamięci kolejnych osób, by w końcu rozwinąć się do rozmiarów całkiem zgrabnej opowieści i zyskać miano legendy miejskiej. Wówczas zazwyczaj trafia do mediów, które pozwalają jej jeszcze bardziej obrosnąć w mistyczny tłuszczyk i wzbudzać coraz to większe emocje. Po pewnym czasie nasza legenda wydaje potomstwo — dlatego po danym osiedlu/mieście/kraju mogą krążyć różne wersje jednej opowieści.

Co jest w tym wszystkim najgorsze? Każda historia zawiera w sobie ziarnko prawdy. A my nigdy nie możemy być pewni, czy dana opowieść wydarzyła się tuż za rogiem, czy na drugim krańcu świata; czy do zdarzenia doszło wczoraj, czy pięć lat temu. To właśnie ta niepewność pozwala miejskim legendom pokonywać granice czasu i przestrzeni. A także na stałe zagnieżdżać się w naszej świadomości.

Zapewne większość z nas zna historie o różnych niespodziankach (zaczynając od robaków, poprzez nasienie, a na fekaliach kończąc) serwowanych w okolicznych knajpach, o staruszkach rozdających dzieciom naszpikowane igłami słodycze, czy o żądnym krwi psychopacie, który niedawno uciekł z najbliższego szpitala psychiatrycznego. Być może części osób obiły się o uszy również opowieści o wysysającej krew ze zwierząt hodowlanych Chupacabrze, czy o Czarnej Wołdze krążącej po ulicach naszego (i każdego innego) miasta.

 

Ostatnimi czasy głośno było również o porywaczach dzieci, którzy podobno czają się  na samotne matki w hipermarketach. Wieść gminna głosiła, że w różnych częściach kraju działały zorganizowane grupy trudniące się podobnymi przestępstwami. Rzeczywiście doszło do kilku takich porwań (przynajmniej dwóch). Jednak jedyne, co je łączy, to fakt, że stały się pierwszym ogniwem w łańcuchu tworzącym nową urban legend.

Wiele opowieści staje się zabawką w oślizgłych łapach komercji i mediów masowych. Zostają rozdmuchane, by przez możliwie długi czas istnieć jako gorący temat w różnego typu programach interwencyjnych i tym podobnych. Niektóre legendy nie dają się jednak tak łatwo skomercjalizować i prześwietlić. Rodzą się na stosunkowo małym terytorium i żyją w wyobraźni niewielkiej grupy ludzi. Są skarbem dostępnym tylko dla wybranych. Do takich historii należą losy wiaduktu kolejowego Łódź Chojny.

Garść wspomnień

Dzisiaj pobicia i napaści stają się wydarzeniami na porządku dziennym. Chociaż kilkadziesiąt lat temu podobne zdarzenia nie były wcale rzadkością, to jednak wzbudzały o wiele większe kontrowersje i rządziły się zgoła odmiennymi zasadami.

W latach 70. wszystko wyglądało zupełnie inaczej. O ile dziś kilkudziesięcioosobowe ustawki barczystych łysoli nikogo nie dziwią, o tyle wówczas w modzie były honorowe pojedynki jeden na jednego. Ówcześni nastolatkowie wspominają chociażby pewną walkę w restauracji „Casanowa” (zwanej wówczas potocznie Kaszanką). W szranki stanęli milicjant i przedstawiciel tzw. Miasta, czyli członek gangu. W uczciwym pojedynku zwyciężył funkcjonariusz. Gdy miastowy zagroził, że pozwie go do sądu, jego koledzy spuścili mu drugi łomot. W końcu najpierw przyniósł im wstyd przegraną, a potem niehonorowym zachowaniem.

Również na Rzgowskiej, niedaleko wiaduktu, znajdowała się knajpka, do której często witali okoliczni mieszkańcy. Nazywano ją potocznie restauracją  „U Fońka”. Serwowano w niej głównie specjały rodzimej kuchni.

— Prawdziwe domowe potrawy. Bigosik tak dobry, że palce lizać! — Wspomina starszy mężczyzna jadący ulicą Pryncypalną na rozklekotanym rowerze. Nazywa siebie panem Staszkiem. Nie chce rozmawiać o wiadukcie. — Opowiadało się o nim różne historie. Nie wiadomo, czy to prawda, czy tylko jakieś brednie. — Wzrusza ramionami i odjeżdża.

Jak się okazuje, nie było to najprzyjemniejsze miejsce w mieście.

— Doskonale pamiętam czasy, kiedy okoliczni menele się tam zbierali. Na tej górce nad wiaduktem. Obserwowali przechodniów, potem część schodziła na dół i… no zbierali na flaszkę. — Wspomina inny mieszkaniec Chojen. — Wszyscy o tym wiedzieli. Tylko okoliczni mieszkańcy się nie bali, bo wtedy swój swojego nie ruszył. Chociaż o tyle było dobrze…

Z czasem sytuacja zaczęła się jednak pogarszać, a miejsce pijaczków zajęli bardziej wykwalifikowani przedstawiciele świata przestępczego. Tym razem agresorzy nie żądali już jednak tylko drobnego wsparcia w postaci przysłowiowej złotóweczki. Na szczęście tego typu sytuacja nie trwała długo. Z czasem grupa przyjemniaczków przeniosła się w nowe miejsce, a wiadukt w pewnym sensie opustoszał. Przynajmniej tak uważano…

Śmierć kryje się we wnęce

O ile od strony zachodniej pod wiaduktem przebiega jedynie prosta dróżka, o tylko po stronie zajezdni autobusowej posiada on dodatkowe przejście. Drogę w bok i schodki prowadzące na górę. Idąc od ulicy Dachowej nie widać wnęki w ścianie. Zwłaszcza w nocy.

Fakt ten miał wykorzystać  pewien seryjny morderca. Z położonej powyżej górki miał doskonały widok na całą okolicę. Każdy, kto przemieszczał się pieszo w kierunku od Kurczaków do Kościoła Przemienienia Pańskiego, mógł być jego potencjalnym celem.

 

W pierwszej chwili może się  wydawać, że to kolejna legenda o „tajemniczym psychopacie, który w nocy uciekł z okolicznego szpitala psychiatrycznego”, o której wspominałem we wstępie do niniejszego artykułu. Te dwie historie nie mają jednak ze sobą wiele wspólnego. Zwykło się mówić, że zabójca z Chojen to nożownik, który w latach 90-tych działał na terenie naszego miasta. Tak naprawdę jednak ciężko powiedzieć o nim coś więcej. Z racji, iż w tym okresie swoją zbrodniczą działalność prowadziło co najmniej kilka osób, a co więcej zapewne nie wszystkie zostały ujęte, określenie jego tożsamości jest prawie niemożliwe.

Jedna z jego niedoszłych ofiar została rzekomo napadnięta właśnie podczas przechodzenia pod wiaduktem. Zamaskowany agresor zaczaił się na nią we wnęce, po czym próbował ją ogłuszyć. Pozornie wszystko szło po jego myśli, jednak nagle spłoszyła go syrena jadącego na sygnale radiowozu. Zapewne bał się, że padł ofiarą policyjnej prowokacji i zwyczajnie zbiegł z miejsca zdarzenia. Wówczas to ślad po nożowniku zaginął, a okolica na nowo stała się bezpieczna.

Z deszczu pod rynnę

— Mi hi en tow! Es qua tensis! — Zakapturzona postać narysowała białą kredą na ziemi odwrócony pentagram, po czym ruszyła schodami w górę. Gdy zatrzymała się na ostatnim stopniu, zbliżyło się do niej dwóch młodzieńców. Chociaż kroczyli pewnie, ich opasane czarnym suknem ciała drżały, bynajmniej nie z zimna, świadcząc o niepokoju wypełniającym ich serca. Również w ich oczach malował się lęk. W końcu doskonale wiedzieli, co za chwilę nastąpi.

Pierwszy z nich wręczył  mistrzowi ceremonii nóż, którego nie powstydziłby się  niejeden myśliwy wprawiony w oprawianiu zwierzyny. Drugi, zapewne wyższy rangą, wyjął z worka związane zwierzę, typowego miejskiego kundla, który niestety nie miał tego dnia zbyt wiele szczęścia, i uklęknął przed swoim nauczycielem.

Mężczyzna, wyszeptując  rytualną formułę, zbliżył się do zwierzęcia i nagle, wznosząc oczy ku niebu, zatopił ostrze w jego trzewiach. Szkarłatny płyn wytrysnął z umierającego ciała i zalał schody, powoli spływając w dół. Gdy wreszcie dotarł do wyrysowanych na ziemi białych linii, wszyscy wtajemniczeni upadli na kolana, a rytuał dobiegł końca…

Gdy morderca zmienił  rewir, zła sława wiaduktu odeszła na pewien czas w niepamięć. Czasy spokoju nie trwały jednak długo. Teren wiaduktu kolejowego Łódź  Chojny miał zostać przejęty przez miejscową sektę. Chociaż powyżej cytowana opowieść to jedynie fragment opowiadania, fikcja literacka, to wiele osób byłoby w stanie uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę.

W ciemnym przejściu podobno odprawiano najróżniejsze rytuały. Kiedyś ktoś wylał tam co najmniej pół litra krwi, najprawdopodobniej zwierzęcego pochodzenia. W nocy dochodziły stamtąd dziwaczne odgłosy. Nie trzeba było długo czekać na to, by ludzka wyobraźnia dopowiedziała sobie resztę historii. Pod starym wiaduktem co jakiś czas zbierały się grupki różnych osób i bynajmniej nikt nie raczył ich zapytać, w jakim celu tam się spotykają. Czy ktoś chciał po prostu wypić kilka piw w klimatycznym miejscu, czy też naprawdę wiadukt został tymczasowo przejęty przez sektę — tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.

Czasy najnowsze

Lepiej zapobiegać niż  leczyć — zgodnie z tym przysłowiem, w przeklętej wnęce postanowiono zainstalować kratę i tym samym stworzyć  pewną iluzję bezpieczeństwa. Stalowe pręty uniemożliwiły korzystanie z bocznego przejścia, jednak czy aby na pewno zlikwidowały ewentualne niebezpieczeństwo? Wiele osób nadal woli unikać korzystania ze wschodniej części przejścia. Wiadukt, zwłaszcza w nocy, wciąż jest opuszczonym, mrocznym miejscem idealnie nadającym się do kręcenia amatorskiego horroru lub thrillera… albo do dokonania zbrodni. Co więcej nadal przyciąga on raczej mało sympatycznych gości.

— Cholerni narkomani! Zbierają się tam czasem i kilka razy w tygodniu. Ilekroć idę do pracy, to widzę tam jakieś strzykawki! — skarży się mężczyzna, którego spotkałem przy ulicy Dachowej. — Czasem widzę, jak ktoś leży tam na schodach. Kiedyś wzywałem do takich ludzi straż miejską czy policję. Teraz po prostu idę przed siebie. Do czego to doszło…

Rzeczywiście we wnęce coraz częściej można spotkać bezdomnych lub ludzi pod wpływem środków odurzających. Zbierają się tam również coraz pokaźniejsze pokłady śmieci. Spacerując tam nocą, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w każdej chwili może wydarzyć się coś złego. Demony przeszłości podobno wciąż krążą zaklęte w tym miejscu.

Mieszkańcy Chojen przez lata cieszyli się własną, wyjątkową miejską legendą. Tego typu niszowe opowieści zazwyczaj nie zostają nigdzie spisane i w końcu giną śmiercią naturalną. Niech tym razem będzie inaczej. Niech historia wiaduktu kolejowego Łódź Chojny przetrwa w natłoku innych komercyjnych historyjek. Łodzianie, nie pozwólmy jej umrzeć!

Szymon Cieśliński

Kategoria: Kryminalna ŁódźComments (7)

Zabezpieczony: Kronika Kryminalna 006 — Wiem, kto mnie zabił

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Kategoria: Kronika KryminalnaWprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczony: Kronika kryminalna 003 – Złodzieje pączków i domorośli ogrodnicy

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Kategoria: Kronika KryminalnaWprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczony: Kronika Kryminalna 002: Święta, święta i po świętach

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Kategoria: Kronika KryminalnaWprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Bać się jest rzeczą łódzką

Udostępnij artykuł na Facebooku

Strach

To jedna z  najbardziej podstawowych cech pierwotnych, mających swe źródło w  instynkcie przetrwania. Boimy się najróżniejszych rzeczy, począwszy od ciemności, poprzez pająki, węże,a na duchach i demonach kończąc. Boimy się przede wszystkim nieznanego, nieodgadnionego. Możemy nie wierzyć w zjawiska paranormalne, jednak to nie uwolni nas od gęsiej skórki podczas samotnego, nocnego spaceru po Łagiewnikach czy Parku Źródliska. Możemy negować ezoterykę, ale nie zafałszujemy historii naszego miasta. A Łódź to miasto tajemnicze. Siedemnastowieczne procesy czarownic odcisnęły na nim swoje piętno, a dokonywane w późniejszych czasach zbrodnie, rozbudowywały tutejszy kanon duchów i upiorów. Jednego Łodzi zarzucić nie można — tu na pewno mamy czego się bać…

Młot na czarownice

Już na początku XVII wieku nasze województwo nawiedziła plaga sił nieczystych. Jej skutki można było dostrzec na każdym kroku: pomór bydła, lata głodu, epidemie, ciężkie zimy i suche lata dały się we znaki tutejszej ludności. Idąc z duchem czasu, zaczęto podejrzewać, że za wszystkimi tymi klęskami stoi nikt inny, jak tylko sam Lucyfer.

Pan Ciemności musiał mieć jednak swoich pomocników, których postanowiono jak najszybciej zgładzić. Podejrzewano głównie kobiety, jednak i mężczyźni czasami byli uznawani za sługusów szatana. Z racji iż egzorcyzmy nie przynosiły żadnych skutków, postanowiono zastosować bardziej wyrafinowane
i cywilizowane – w końcu pochodziły od naszych zachodnich sąsiadów – metody leczenia opętania.

Tak oto w naszym województwie rozpoczęła się fala procesów czarownic. Za główne skupiska zła uważano Uniejów, Szczerców, Dobrą i Wartę, której mieszkańcy bali się opuszczać swoje domostwa, gdy tylko słońce miało się ku zachodowi. Podobno miasto to upodobał sobie sam szatan, który wieczorami przybierał ludzką postać i polował na tamtejszą ludność.

W samej Łodzi sytuacja wcale nie wyglądała lepiej. W latach 1638, 1652 i 1696 odbyły się tu głośne procesy czarownic, podczas których życie straciło wiele osób. Dziś pamiętamy tylko o jednej z ofiar. Albo raczej to ona nie pozwala nam o sobie zapomnieć.

W 1652 roku Zofia Straszybot padła ofiarą własnej ostrożności. Była bardzo religijna i fanatycznie bała się zła, przed którym chciała się za wszelką cenę uchronić. Pewnego dnia poznała rytuał, który rzekomo miałby ustrzec ją przed działalnością wiedźm i czarownic. Wieść głosiła, że wystarczy złapać wczesną wiosną żabę, a następnie upiec ją i powiesić w oborze nad bydłem, by uchronić zwierzęta przed wszelakimi klątwami. Straszybotka skrzętnie odprawiła cały rytuał, czym przyciągnęła uwagę swoich sąsiadów.

Chłopi nie uwierzyli jej tłumaczeniom i natychmiast przylgnęła do niej etykietka wysłanniczki szatana. W Łodzi nie mieliśmy specjalistów od czarów, którzy mogliby zbadać całe zajście, dlatego władze miasta poprosiły o pomoc ekspertów ze Rzgowa. Zośkę pławiono w rzece, bito i brutalnie torturowano, czekając na moment, gdy przyzna się do winy. W końcu ogolono jej głowę i postawiono przed sądem, licząc na to, że zostanie skazana na stos. Ta jednak nie przyznała się i tym samym uniknęła spalenia. Zginęła nazajutrz przykuta do madejowego łóża, podczas kontynuowania tortur. Chodzą słuchy, iż Straszybotka naprawdę była niewinna i że dopiero na kilka chwil przed śmiercią straciła wiarę i dobrowolnie oddała się siłom nieczystym. Podobno umarła z uśmiechem na twarzy.

Dziś już się nie uśmiecha. Świadkowie mówią, że często można spotkać ją na tzw. „bałuckiej granicy”, czyli między placem Kościelnym a Bałuckim Rynkiem. To wysoka, koścista, kulejąca kobieta prowadzona przez czarnego psa. Jej widmo zatrzymuje się w miejscu, gdzie kiedyś czekał na nią stos i tam rozpływa się
w powietrzu.

W 1775 roku pod Wieluniem doszło do ostatniego w Polsce wielkiego procesu czarownic. Zginęło wówczas co najmniej piętnaście osób, a rozgłos, jaki zyskało to wydarzenie, sprawił iż zaledwie rok później
Sejm I Rzeczypospolitej zakazał sądom dalszego prowadzenia tego typu spraw. Nagle paniczny lęk przed złem wcielonym zniknął. Duchy ofiar jednak do dziś pojawiają się w miejscach dawnych kaźni.

Widma szlachty, duchy chłopów

Karol Scheibler otworzył w 1855 roku w naszym mieście pierwszą w pełni zmechanizowaną przędzalnię
i tym samym rozpoczął nową epokę w dziejach przemysłowej Łodzi, zapewniając jej czołowe miejsce w Europie w dziedzinie przemysłu włókienniczego. Dwadzieścia sześć lat później znany fabrykant odszedł
z tego świata i spoczął w specjalnie dla niego wybudowanej kaplicy.

Scheibler nie zaznał jednak spokoju po śmierci. Jego duch odwiedza od czasu do czasu Park Źródliska i przechadza się po parkowych uliczkach, przylegających do jego dawnego pałacu. W pierwszej chwili można by pomyśleć, że zwyczajnie nie mógł się rozstać ze swoim dobytkiem, jednak tę teorię łatwo obalić. Widmo jednego z najbogatszych łódzkich fabrykantów pojawia się najczęściej podczas letnich burzy i zazwyczaj z jego nieruchomych ust wydobywają się nieludzkie jęki.

Możemy podejrzewać, że ból i gniew Scheiblera wywołany jest tym, że w 1945 roku ktoś wdarł się do kaplicy, w której spoczywał fabrykant wraz z rodziną, i brutalnie sprofanował cały grobowiec. Trumny zniszczono, a szczątki zbezczeszczono.

Upiór ma prawo być wściekły. Miasto, któremu pomógł się rozwinąć i zaistnieć na arenie międzynarodowej, nawet nie pstryknęło palcem, gdy ktoś plugawił jego dobre imię i gardził jego prochami. Dlatego, gdy ktoś zobaczy ubranego na czarno mężczyznę przy kości w cylindrze i fraku, wraz z dwoma czarnymi dogami… niech lepiej nie patrzy mu w oczy i nie śmie żartować z jego starodawnego ubioru.

Warto pamiętać, że aby zostać duchem, wcale nie trzeba cieszyć się za życia wysokim statusem społecznym. By się o tym przekonać, wystarczy wieczorami przechadzać się po łódzkich Łagiewnikach. Miejsce to szczególnie upodobały sobie różnego typu zmory.

W 1697 roku podczas jarmarku w Łodzi doszło do ostrych wystąpień chłopskich. Przybył tu wówczas ubogi szlachcic, J. Misowicz, który jakiś czas wcześniej był podstarostą dóbr łagiewnickich. Z nieznanych nam powodów większość chłopów nienawidziła go. Pod wpływem wypitego alkoholu i podżegań innych szlachciców chłopi postanowili zabić Misowicza. Został pobity, jednak zdołał zbiec. Chłop z Łagiewnik, Jurek, który jako jedyny stanął w obronie starego podstarosty, nie miał tyle szczęścia. Podczas ucieczki otrzymał silny cios, prawdopodobnie motyką, w głowę i padł trupem na drodze prowadzącej do swojej wsi. Również dziś można zobaczyć, jak biegnie przez Łagiewniki z rozbitą głową, po czym nagle znika, zostawiając po sobie jedynie kilka kropel krwi na drodze.

W tej samej okolicy błąka się czasem zjawa podsędka łęczyckiego Bełdowskiego. Kazał on zatłuc kijami na śmierć pewnego chłopa, który ukradł karpia z pańskiego stawu. Widmo chłopa gnębiło Bełdowskiego tak długo, aż ten sam wyzionął ducha i zastąpił je w nawiedzaniu okolicznych terenów.

Chodzą także słuchy o mrocznej przeszłości klasztoru ojców Franciszkanów w Łagiewnikach. Faktem jest, że przez lata odprawiano tam liczne egzorcyzmy. Życie straciło wówczas wiele osób, co zapewne wpłynęło na zły wizerunek tamtejszej okolicy. Wąwozy i stawy to idealne legowisko dla wszelakiego typu diabłów i demonów. Ludzie powiadają, że wciąż słychać tam płacze topionych kobiet, podejrzewanych o czary i chorobliwy śmiech opętanego klechy.

Jednak nie tylko podmiejskie lasy noszą piętno zbrodni, ludzkiej bezmyślności i sił nadprzyrodzonych. Co roku dwudziestego czwartego czerwca o świcie na skrzyżowaniu ulic Rzgowskiej i Kolumny pod figurą Jezusa Chrystusa przesiaduje sobie mały chłopiec. Przez pewien czas jest spokojny, następnie jednak zalewa się łzami i ukrywa twarz w swoich niewielkich dłoniach. Nikt nigdy nie zbliża się do niego i nie próbuje udzielić mu pomocy. W końcu po kilku minutach na miejsce podjeżdża powóz, a w nim szlacheckie małżeństwo. Zaprasza ono chłopca do dorożki i odjeżdża w nieznane, pozostawiając za sobą jedynie delikatny swąd siarki.

Na ulicach Retkini czasami można spotkać skąpo ubraną, młodą, piękną kobietę. Kusi ona bezbronnych mężczyzn swoimi długimi, rozwianymi, złotymi włosami i zmysłowymi kształtami, a następnie znika z nimi w ciemnych zaułkach. Nikt nie wie, jaki los ich spotyka.

Również Ruda ma własną legendę. Najwięcej opowiadanych tu historii dotyczy jednego z ostatnich budynków przy ulicy Popioły. Podczas wojny naziści mieli zebrać tam i zamordować większość robotników, pracujących na ich zlecenie przy budowie bunkrów i schronów na Lublinku. Domostwo podobno do dziś jest nawiedzone. Czasami w środku nocy słychać dochodzące z jego wnętrza strzały.

Wczoraj, dziś, jutro

 

Na temat opuszczonego dom w centrum miasta nikt nie chce się wypowiadać.
Fot. Szymon Cieśliński

 

Możemy się łudzić, że to wszystko, to tylko wyssane z palca bajki i ludowe opowieści, które dziś powinny zostać uznane za nieaktualne. W końcu łatwo zapomnieć, że duchy inaczej rozumieją pojęcie czasu. Być może Scheibler i Straszybotka w ogóle nie zauważyli jego upływu. Tego nie wiemy. Poza tym ciężko zanegować piętno odciśnięte przez wydarzenia ostatnich kilku, kilkunastu lat. Mieszkańcy Rudy skarżą się na upiornego rowerzystę, budzącego ich ze snu około godziny czwartej nad ranem przy pomocy dzwonka rowerowego. O tej godzinie zaginął tam niedawno dwudziestojednoletni mężczyzna. Niedaleko centrum znaleźć można opuszczony budynek. Ludzie zamieszkujący okolicę nie chcą się wypowiadać na temat jego byłych właścicieli. Gdy ktoś wchodzi do środka, w okolicznych oknach zasuwane są zasłonki. Na nielegalnym przejściu kolejowym na Chojnach podobno regularnie ktoś rzuca się pod pociąg. Jedna i ta sama osoba. Zwłok nie udaje się odnaleźć.

 

 

Niedaleko hipermarketu po drugiej stronie osiedla znajduje się niewielki las, a w nim opuszczony grób. Nikt nie wie, kto został tam pochowany. Ktoś jednak regularnie porządkuje mogiłę i zostawia na nim świeże kwiaty. Na Pietrynie natomiast zdarza się ludziom widywać bezdomnego o zmiażdżonej czaszce. Przypomina ofiarę bestialskiego morderstwa sprzed kilku lat. Działkowcy na Stokach wolą natomiast nie rozmawiać o opuszczonych domach w tamtej okolicy. Z piwnicy jednego z nich dochodzą czasem upiorne dźwięki. W innym czasem pali się mlecznobiałe światło.

Na obrzeżach Chojen znajduje się tajemniczy grób. Nikt nie wie, kto został tam pochowany. Fot. Szymon Cieśliński

Podobne historie można by wymieniać całymi godzinami. Każde łódzkie osiedle i każda miejscowość w naszym województwie mają przynajmniej jednego upiora, który regularnie je nawiedza. Tak było trzysta lat temu, tak jest dzisiaj, tak będzie też zapewne za kilka stuleci. Zjawy, czarty i demony są niejako wpisane w łódzką historię. Dlatego też nie pozostaje nam nic innego, jak tylko unikać odwiedzania pewnych miejsc po zmroku… i zwyczajnie zacząć się bać.

 

Szymon Cieśliński

Kategoria: Kryminalna ŁódźComments (1)

Zabezpieczony: Nie boję się faceta z nożem.

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Kategoria: Kryminalna ŁódźWprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Strona 7 z 7« Najnowsze...34567

Miej OKO na imprezy!

Kanały informacji

Archiwum Eldezetu